Mylog zjadł Wasze komentarze. Śmieszne?
...Niekoniecznie.
Shit happens.
"Coś miało byc, a nie jest"
sobota, 24 maja 2008
23 grudnia.
Było bardzo zimno. I szaro, bo kropelki wody, zamiast zamarznąć i przykryć smutne miasto białą pierzyną, zawisły w powietrzu, zastygając we mgle. Och, jak on nie cierpiał tego miasta! Ograniczenia przestrzeni, uwięzienia między brudnymi murami i ziejących zewsząd natarczywych reklam.
Dla Jamesa miasto było po prostu tragicznym żartem, razem ze swoim poczuciem wyższości, gdy tylko pomyślał swoim domu na skraju wrzosowisk, gdzie nie potrzebował własnej muzyki, bo wiatr wygrywał najosobliwsze melodie. To był dźwięk wolności.
Tutaj jedyną muzyką, na jaką mógł liczyć, był warkot silników. I jeszcze te metaliczne kolędy wygrywane z ulicznych katarynek, które chyba bardziej niż na narodzenie Zbawiciela oczekiwały na Apokalipsę.
Spojrzał w witrynę sklepu mięsnego.
Święta, święta. Na wystawie nawet baleron pysznił się przystrojony ostrokrzewem. Dalej, w głębi sklepu, pryszczata blondynka z odrostami odziana w schludny żółty fartuch wtykała gałązki igliwia w plastikowy stroik. Oderwała się na chwilę od pracy i wtedy zobaczyła wpatrującego się w nią zza szyby bruneta. Błędnie biorąc to za dobry omen puściła mu zalotnie oczko, ale James skrzywił się, obrócił na pięcie i poszedł dalej.
- Hej, ty!
Obejrzał się przez ramię.
Wymizerniały Święty Mikołaj, z zapadniętymi policzkami, zabrudzoną brodą i w czerwonym damskim palcie podchwycił jego spojrzenie i ruszył ku niemu, wyciągając przed siebie trzeszczącą drobniakami puszkę.
James rozglądnął się zdezorientowany.
- Chłopczyku, sypnij no! – Mikołaj posunął mu puszkę pod nos, a James wyraźnie poczuł zapach alkoholu uderzający od przebierańca.
- Nie mam pieniędzy – mruknął i ruszył dalej, ale Mikołaj nie dawał za wygraną.
- Masz siaty pełne zakupów, chłopczyku.
- Wszystko wydałem – zełgał, patrząc na pijaka z odrazą.
Mikołaj wciąż go prześladował.
- Dla kogo zbierasz, hm?
- Dla biednych! – wybełkotał tamten.
- Których biednych?
Starzec chwycił go za ramię. James wyszarpnął rękę z uścisku tak gwałtownie, że zawartość jednej z reklamówek wysypała się na chodnik. Zaklął pod nosem.
- Odwal się ode mnie – warknął do Świętego, który wciąż stał nad nim, gdy zbierał z ziemi zakupy.
W końcu, gdy i to nie pomogło, wyciągnął z drugiej torby chleb i wcisnął go mu do ręki.
- Masz. A teraz spadaj.
- A po mi to?! – wybełkotał stary, przyciskając mu bochen do piersi.
Nie czekał, aż Święty powie, czego naprawdę mu potrzeba. Postawił kołnierz kurtki i ruszył przed siebie, już słysząc za plecami kolejne „Chłopczyku, sypnij no!” i starając się nie patrzyć na roziskrzone elektrycznymi światełkami wystawy sklepowe.
To wszystko było grą wartą świeczki. Cała ta świąteczna gorączka, czy bolączka raczej, potrafiła rozpędzić ludzi tak, że nie patrząc pod nogi ruszali do sklepów „po rzeczy, których nie mogą nie mieć”. Jego tymczasem bardziej obchodziło to, co mógł stracić.
Odkąd wrócił do domu, nie zobaczył ojca. Jego praca aurora zmieniała życie całej rodziny bardziej niż jakikolwiek inny zawód. A on, choć na pewno wiedział, jak boją się o jego życie, nigdy nie pozwalał im tego wyrazić. Tak go to mierziło, gdy jego matka mówiła: „William, proszę, uważaj. William, rób wszystko, by i tym razem wrócić”. I nie on przychodził później, by podtrzymać kobietę na duchu – to był James. W miarę jak dorastał, przestawał widzieć w ojcu wzór. Zostało tylko to uzależnienie, zakorzenione zbyt głęboko, by zniknąć jak szacunek do niego.
Skręcił w pierwszą napotkaną boczną uliczkę i deportował się.
Pojawił się tuż przed drzwiami swojego domu. Gdy wszedł, odłożył na bok reklamówki i zdjął buty.
- Jim, to ty?
- Ja – mruknął nieprzytomnie, wieszając kurtkę i szalik na wieszaku obok lustra.
Myślami był gdzieś daleko, gdzieś przy swojej dziewczynie, która pewnie teraz jak jego matka przygotowywała cynamonowe babki czy inne kaczki pieczone. Pomyślał, że chciałby być w trzech miejscach naraz, by święta spędzić i z przyjaciółmi, i z Lily, i z rodzicami. Boże Narodzenie musiał jednak spędzić w jednym kawałku i to z dala od Hogwartu.
A więc
chodził z Lily. Jakie to śmieszne, małe słówko w porównaniu z szumnymi planami, które tworzył w głowie i które czasem nieświadomie wypływały na zewnątrz. Bo trzeba wiedzieć, że James stworzył już szczegółową wizję swojej lilowej przyszłości i ani myślał, by od marzeń odstąpić. Po prostu wiedział już, że będzie miał gromadkę rudych dzieci, które, jakże by inaczej, będą mistrzami quidditha.
Za szybko? Skądże, w żadnym wypadku! Coś, co było choć trochę oderwane od logiki, przemawiało do niego po stokroć więcej niż rozsądne argumenty. Nie dało się tego zrozumieć, trzeba było to po prostu wiedzieć.
- Co tak długo, ktoś cię zatrzymał? – w przedpokoju pojawiła się Holly Potter.
Przez te wszystkie lata nauczył się czytać z jej twarzy jak z otwartej księgi, to właśnie jej wyraz wyznaczał kiedyś dla Jamesa granice tego, na co sobie może pozwolić. Z twarzy matki, bo jego ojciec zawsze nosił przed nim kamienną maskę.
Teraz nawet nie potrzebowałby tych lat praktyki, by wiedzieć, w jakim strachu i w jakiej beznadziei żyje jego mama, co wieczór czekając na męża z obiadem, nie wiedząc nawet, czy się na nim pojawi i nie raz, myśląc, że nikt jej nie widzi, płacząc nad dawno ostygłą zupą. James kochał swoją matkę na życie i nie potrafił pogodzić się z myślą, by druga kobieta, którą kochał - Lily, mogła żyć tak samo.
A przecież będzie tak, jeśli choć po części spełni swoje marzenia i będzie tak, nawet jeśli tak się nie stanie. Jednokolorowa wizja przyszłości.
...Matka wciąż wpatrywała się w niego z niepokojem.
- Tak, zatrzymał mnie Święty Mikołaj – odpowiedział po chwili, siląc się na uśmiech.
Wniósł siatki do przestronnej, nowocześnie urządzonej kuchni i zaczął je rozpakowywać.
- Tak się cieszę, że wróciłeś na Święta.
James uśmiechnął się do niej krótko i odwrócił głowę.
- Wiesz, Jim, chciałabym ją poznać – powiedziała niefrasobliwym tonem jego matka. Usiadła przy stole, a podbródek wdzięcznie oparła na rękach. Wpatrywała się w syna, gdy ten krzątał się po kuchni.
- Kogo? – rzucił nieprzytomnie. – Mamo, gdzie to schować? – zapytał, nie czekając na odpowiedź na poprzednie pytanie i pomachał torebką z cynamonem.
- Do szafki nad zlewem – odpowiedziała.
Zamilkła na chwilę, przyglądając się z lekkim uśmiechem Jamesowi, bo nagle stał się jakiś nerwowy.
- To jak? – zapytała, gdy uporał się z zakupami.
- Co jak? – odpowiedział pytaniem, a jego ręka odruchowo powędrowała do włosów.
- Chciałabym ją poznać – powtórzyła spokojnie, zachęcając gestem syna, by usiadł.
Znów rozczochrał sobie włosy, zanim spełnił jej prośbę.
- Mamo, to chyba nie jest najlepsza pora.
- A kiedy będzie? Czy to nie o niej opowiadałeś mi przez ostatnie parę lat? Chcę ją poznać. Musi być niezwykłą istotą.
- Jest niezwykła, jest cudowna, mamo - zapewnił. - Ale czy nie uważasz, że to trochę... za wcześnie?
Spojrzała na syna.
- Oczywiście, masz rację – przyznała, lecz po chwili dodała: - Ale zapytasz?
- Może – odparł dyplomatycznie.
Podniósł się z krzesła i miał już iść do swojego pokoju, ale zatrzymał się w drzwiach.
- Mamuś, a jeśli już mówimy o Lily... – odwrócił się do niej z łobuzerskim uśmiechem. – Tak sobie pomyślałem... Jeślibym, załóżmy, przechadzał się jutro w jej okolicy... całkiem przypadkiem...
- Całkowicie...
- To którą koszulę mam założyć?
- Wątpię, żeby to miało dla niej jakieś znaczenie.
- Dla niej może nie, ale dla pani Evans... – mruknął szczerze zaniepokojony.
Mama spojrzała na niego oburzona.
- Chcesz się przypodobać matce Lily, a mnie nie chcesz nawet Lily przedstawić!
- Zrozum – burknął. – Bo tobie Lily nie potrzebuje się przypodobywać. Jest cudowna i naprawdę będziesz miała okazję się o tym przekonać. A ja...
Zrobił jakiś bezcelowy ruch ręką, strącając przy tym ze stołu solniczkę, która rozbiła się z trzaskiem o płytki.
- ...sama widzisz.
Machnął krótko różdżką, a solniczka wróciła do dawnej postaci. Sól rozsypaną na podłodze usunął. Westchnął przeciągle. Wyglądał na zdeterminowanego i przerażonego zarazem. Ale przede wszystkim tak, jakby jego losy miały się ważyć w oczach matki Lily.
Holly Potter zmarszczyła brwi tak samo, jak zwykł robić to James.
- Synu – zaczęła wzniosłym tonem. – Jesteś marzeniem każdej teściowej i nie waż się myśleć inaczej!
Popatrzył na nią zaskakująco poważnie spod szkieł swoich okularów. Po chwili jednak rozchmurzył się.
- A podobno to Syriusz zrobił ze mnie narcyza.
Roześmiała się szczerze.
- To co z tą koszulą? – zapytał po chwili swobodniej, bo z podbudowanym ego.
***
Hogwart, jak zwykle na święta, pachniał radością i oczekiwaniem. Tutaj śnieg dopisał, a zachodzące słońce rozlewało się czerwienią po błoniach. Białą pierzynę śniegu przecinały, jak misterny ścieg, wydeptane ścieżki.
Dorcas rzuciła tylko okiem na krajobraz za oknem, nic zresztą nie dostrzegając. Porwała ze stolika nocnego różdżkę i już jej nie było w dormitorium. Zgłosiła się do dekorowania Wielkiej Sali, by nie marnotrawić czasu na wypatrywanie Syriusza. Nie była przecież masochistką, by patrzeć, jak bezczelnie prowadza się z dziewczynami... jakby specjalnie przechodząc obok niej i specjalnie szepcąc towarzyszkom do ucha na tyle głośno, by usłyszała.
- Ann!
Blondynka siedziała w fotelu, skulona pod kocem i czytała jakiś romans. Podniosła leniwie wzrok na przyjaciółkę.
- Idziesz ze mną dekorować Wielką Salę? – zapytała Dorcas, składając ręce jak do modlitwy i uśmiechając się prosząco.
Dziewczyna z niechęcią odłożyła harlekin i zrzuciła z siebie koc.
- Cieszę się, że bierzesz się w garść – zaczęła, gdy już schodziły po schodach. – Ale dlaczego akurat wtedy, gdy Paul David zastanawia się, czy kocha Alison, li jedynie jej pożąda?
Ale wtedy na korytarzu minął je Syriusz i blondynka zrozumiała, co to znaczy powiedzieć coś w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie.
- On znowu ciągnie za sobą tłum oblubienic! – pisnęła Dorcas.
Blondynka spojrzała na nią ze współczującym zrozumieniem.
- Dorcas, on szedł sam. I wyraźnie speszony.
- A Armlie Bones, ta piegowata Peggy – wyliczała. – I ta napuszona Puchonka z szóstego roku...
- Dorcas.
- Co?
- Idziemy zatłoczonym korytarzem. One po prostu szły w tym samym kierunku co on.
Dorcas otworzyła usta, ale w końcu zrezygnowała z riposty, więc Ann ciągnęła dalej.
- Podejrzewam, że przechodzisz łagodnie schizofrenię paranoidalną ze skłonnościami do urojeń zazdrości – spojrzała na przyjaciółkę z ukosa. Brunetka, sądząc po minie, to w Ann doszukiwała się teraz oznak obłędu. - Musiałam to gdzieś przeczytać – dodała więc.
- Dorcas, delikatniej! – prosiła co chwilę Ann, przekrzykując uczniów tłoczących się w Wielkiej Sali. Patrzyła z niepokojem na przyjaciółkę, gdy ta z niebezpieczną pasją wymachiwała różdżką na wszystkie strony.
Brunetka wieszała girlandy na ścianach z takim rozmachem, że dwie wylądowały już „przypadkiem” na głowach Syriuszowych Przelotnych, jak dla własnego użytku nazywała ofiary Łapy. Nie, nie mogło się jej wydawać, bo zwyczajnie nie była schizofreniczką.
Trzecią girlandą, tym razem niezamierzenie, oplotła nieznajomego Puchona, więc rzuciła się na pomoc. Jak się okazało, Puchon obył się bez niej.
- Czym sobie zasłużyłem? – zapytał z nietypowym akcentem.
Uśmiechnął się w sposób, jakiego wcześniej u nikogo nie zauważyła. Nie unosił wcale kącików ust, przeciwnie, opuszczał tylko lekko lewy. Można by było to uznać za grymas, wyraz cynizmu lub pogardy. Tymczasem ten uśmiech, bo była pewna, że nim był, rozjaśniał mu wzrok i zdawał się wiązać ze światem jego osobę, wcześniej dziwnie odległą i oderwaną od rzeczywistości. Przyjrzała mu się. Był dość niski, ale nie mógł być dużo młodszy od niej. Miał czarne włosy przystrzyżone trochę na punkową modłę, niepokorne spojrzenie jasnoniebieskich oczu - spojrzenie łączące w sobie twardość i coś zupełnie ulotnego, czego nie potrafiła sprecyzować. Nie wiedzieć czemu pomyślała nagle o burzy we wiosenną noc. Dostrzegła na jego, bądź co bądź, roześmianej twarzy jakąś nie dającą się zatuszować dzikość i szorstkość.
Nie był wcale zmieszany, gdy patrzyła na niego i wydawało się jej, że w ten sposób go pozna. Cierpliwie czekał aż zechce się odezwać. W końcu, gdy wpatrywała się w niego o sekundę za długo, uniósł nieznacznie brwi.
- Prawdopodobnie tym, że jesteś facetem – wypaliła wtedy, nie czując się sobą pod jego spojrzeniem.
Zarumieniła się i obróciła na pięcie, by zniknąć z pola widzenia.
Pewnie, teraz pomyśli, że jest uprzedzoną, wyposzczoną heterą. Trzeba go było jeszcze trzepnąć torebką! Tak, Dorcas, dlaczego nie miałaś przy sobie torebki?
- Jestem Paul! – zawołał za nią.
Odetchnęła z ulgą. Obróciła się z uśmiechem.
- Czaruj, nie wal torebką – powiedziała do siebie cicho, zanim podeszła.
Wyciągnął do niej dłoń. Uścisnęła ją, lecz przedstawić się zapomniała.
- Amerykanin? – zapytała.
- Skąd – odfuknął, teraz wyraźnie urażony.
- Irlandczyk? – bardziej stwierdziła, niż zapytała.
Pokiwał głową w milczeniu, wpatrując się zacięcie w coś ponad jej ramieniem. Dziwna to była reakcja, zważywszy na jego oburzenie wywołane pierwszym pytaniem.
Rzucił okiem na świerkowy łańcuch na jej szyi.
- Pomóc ci z tymi dekoracjami?
- Nie martw się, poradzę sobie – odparła dla zasady, chociaż już ściągała z siebie łańcuch. A on, zamiast uroczo nalegać, ubolewając nad słabością płci najpiękniejszej, uśmiechnął się przekornie.
- Skoro tak mówisz.
Poszedł sobie, zostawiając ją, stojącą na środku sali niczym schizofreniczno-feministyczny kołek przystrojony szalem świerkowym.
***
Lily obudziła się właściwie zaraz po tym, jak zasnęła. Ulewny deszcz bębniący w blaszany parapet, do spółki z świszczącym między gałęziami wichrem, nie pozwolił jej zasnąć do wczesnych godzin porannych. Teraz, kiedy z trudem rozlepiła niedospane powieki i znów zobaczyła tę nieświąteczną szarugę za oknem, miała przemożną ochotę ukryć nos pod pierzyną do przyszłej wiosny.
Ale Lilyann była dziewczyną mężną, prężną i brzydzącą się nicnierobieniem, i tym można usprawiedliwić destruktywną rzecz, którą chwilę później popełniła. Mianowicie, z marszu wskoczyła pod lodowaty prysznic. Kiedy już wyszła spod niego, drżąca z zimna, całkiem rozbudzona, ale we wcale nie lepszym nastroju, okryła się szczelnie swoim szlafrokiem w kolorowe pajace.
Ktoś kręcił się zachęcająco po kuchni, usłyszała śmiech mamy.
Zbiegła po schodach w dół, bębniąc bosymi piętami po stopniach. I wtedy usłyszała, jak śmiechowi jej mamy wtóruje inny, głębszy i niczym nie skrępowany. Przystanęła wpół kroku. Śmiech Jamesa?
Poczuła w gardle coś wielkości co najmniej złotego znicza. Stanęła w kuchennych drzwiach sekundę później. Nikt nie zauważył jej, gdy z okrągłymi ze zdziwienia oczami badała sytuację.
Jej matka stała obrócona plecami do niej, krojąc chleb przy ladzie. Ale nie przywiązywała do tej czynności zbyt wiele uwagi, co chwila odwracała głowę ku... Jamesowi! Tak, który... smażył? Co smażył? Jajecznicę! James smażył jajecznicę
na jej patelni
w jej kuchni
z jej matką
z podkasanymi rękawami twarzowej grafitowej koszuli... „Z pewnością byłoby mi w niej ładnie”, pomyślała. I na chwilę odpłynęła w krainę kobiecej próżności, a jej gniew trochę zelżał. Na chwilę.
Na stole, w wysokim wazonie, stało pięć herbacianych róż. Pani Evans musiała być z nich niesamowicie dumna, bo co chwila zerkała na nie ukradkiem. I za każdym razem, kiedy znów zwracała się do chłopaka, robiła to z co większą serdecznością.
- Co to ma znaczyć? – zapytała ostro Lily.
Wydawało jej się przez moment, że jest tu niepożądanym gościem. Mama popatrzyła na nią tak, jakby jej przerwano przednią zabawę. Dopiero później zreflektowała się i uśmiechnęła do córki. Na Jamesie jej ton nie wywarł najmniejszego wrażenia, odwrócił się natychmiast i spojrzał na Lily z taką samą miłością, z jaką popatrzyłby na nią, gdyby się mu rzuciła na szyję.
- Co ty tu robisz? – zapytała głośniej, nerwowo bawiąc się rękawem wysłużonego szlafroka, w którym czuła się teraz idiotycznie.
Uśmiechnął się szeroko. Schował prawą rękę za plecy i chwilę później wyciągnął zza nich bukiet róż, także pięciu, ale każda nich miała inną barwę.
- Nie mogłem się zdecydować – powiedział, wyciągając wyprostowaną rękę z kwiatami przed siebie, zupełnie jak szczerbaty przedszkolak obdarowujący swoją pierwszą miłość przywiędłym mleczem. Uśmiechał się przy tym równie wdzięcznie.
Lily wciąż stała w drzwiach bez ruchu. Nie do końca potrafiła sobie wytłumaczyć, czemu wizyta Jamesa tak ją zdenerwowała. Na pewno jego szybkie zadomowienie się w kuchni było dość przytłaczające. Kto wie, czy nie była też niezadowolona z kwiatów... bo czy jej bukiet nie powinien być co najmniej dwa razy większy od bukietu mamy?
Chociaż nie potrafiła się przed sobą przyznać do swojej niedojrzałości, tak naprawdę nie dorosła jeszcze do dzielenia się z Jamesem najmniejszymi radościami, a więc właściwie zachowania w sercu dziecka. Kochała go przecież – tylko miłością nie do końca pojętą. I te malutkie radości ginęły gdzieś w gąszczu wyimaginowanych kompleksów i problemów. Nawet ten szlafrok – zdradzający jej drugą, mniej porcelanową naturę – potrafił wyprowadzić Lily z równowagi. I szaruga za oknem także.
- Zostawię was, dzieci – powiedziała jej matka, spłoszona milczeniem ich obojga.
Jakoś duszno i cicho zrobiło się w małej kuchni państwa Evans mimo, że okno otwarte było na oścież, a w sąsiednim pokoju huczał telewizor.
- Nie mogłem bez ciebie wytrzymać. Wpędziłaś mnie w nałóg – odezwał się w końcu James, zbliżając się do niej powoli.
I tym razem, jak zwykle, na jej policzki wpłynął rumieniec, ale nie było w nim nic uroczego, bo zwiastował wybuch.
- Co ty sobie w ogóle myślisz, James? Wpadasz tu, tak, o!
Jak z satysfakcją zauważyła, w końcu wydał się być trochę zbity z tropu.
- Myślałem, że się ucieszysz.
- A ty byś się ucieszył, gdybyś zobaczył mnie pewnego ranka robiącą jajecznicę z twoją mamą?
- Oczywiście – odparł natychmiast. Po chwili wahania dodał też: - Właściwie, to chciała cię poznać.
Niektórzy ludzie posiadają tak zbawienną cechę, jak instynkt samozachowawczy... James nie należał do grona tych szczęśliwców. Lily najpierw zrobiła się blada, a później cała czerwona.
- Czy ciebie pokopało?! Czy ty sobie zdajesz sprawę, jak to wygląda, jak pędzisz, co?! Jesteśmy ze sobą od miesiąca, ba! Niecałego nawet, bo...
- Od 23 dni – podsunął jej z numerologiczną skrupulatnością.
- Tak, dzięki – mruknęła nieprzytomnie, na chwilę zapominając o swoim groźnym tonie.
Zreflektowała się jednak szybko i kontynuowała:
- Ja po prostu nie widzę siebie w twoich wielkich planach. Zachowujesz się tak, jakby... wszystko już było od dawna ustalone i takie oczywiste! Praca, rodzina, dom, a przedwczoraj znów mówiłeś mi o dzieciach!
- A ty nie protestowałaś – zauważył chłodniej.
- Bo myślałam, że to twoje mrzonki, przecież cię znam!
- Ach, tak? – mruknął, już zupełnie zimnym tonem.
- Tak, James. Kocham cię, ale nie potrafię dotrzymać ci kroku. Bo ja przecież... – urwała. Nalała sobie herbaty z dzbanka i opadła ze zrezygnowaniem na stołek. – I dziękuję za kwiaty – dodała, mimo, że James nadal trzymał je w ręce. Teraz rzucił na róże szybkie spojrzenie i bez słowa wręczył, czy raczej wcisnął je Lily.
- James, nie miej do mnie pretensji.
- Nie mam.
- Zrozum, że...
- Rozumiem – przerwał jej, siląc się na beztroski ton. - Masz oczywiście rację. Jak zawsze – dodał, skierowując swoją wypowiedź na właściwy tor. Bo mógłby przecież powiedzieć: „Jak zawsze masz racje, chociaż jej nie masz”.
Uśmiechnęła się pojednawczo, rozsiadła wygodniej na krześle. A kiedy w końcu i on odpowiedział jej uśmiechem, zapytała:
- Zjesz ze mną tę jajecznicę, skoro już ją usmażyłeś?
- Nie, Lily. Chyba już pójdę.
- Śpieszysz się gdzieś? – zapytała zaskoczona.
- Zależy, co masz na myśli.
Ściągnęła brwi i popatrzyła na niego wyczekująco.
- Bo jeśli pytasz, czy mam jakieś zobowiązania na mieście, czy coś w tym rodzaju...
- Tak, właśnie o to.
- To nie. Ale, że
śpieszę się w szerszym tego słowa znaczeniu, to zamierzam wyjść – oznajmił. I nie był wcale obrażony, ani urażony.
- James, proszę, nie zachowuj się jak dziecko – fuknęła. - Nie łap mnie za słówka, to śmieszne.
- Wpadnę kiedyś. Zapowiem się wcześniej – odparł na wychodnym. Przed wyjściem uśmiechnął się jeszcze do siebie.
Wyszedł przed dom i aportował się... do jej ogrodu. Na świstku papieru napisał:
Lily, umówisz się ze mną?
Wybór miejsca i czasu pozostawiam Tobie, ale sugerowałbym zaraz u Ciebie.
***
Zostali sami w dormitorium. Syriusz musiał uczciwie przyznać, że gdyby w Hogwarcie pozostał ktokolwiek inny z jego przyjaciół, przebywałby właśnie z nim. James wyjechał na cały tydzień, Remus miał wrócić dopiero w drugi dzień Świąt. Potrzebował teraz kogoś, kto przyprowadzi go do pionu, wygarnie mu wszystkie jego idiotyzmy i przyprowadzi do pionu. Nie potrzebował zrozumienia.
Zdawał sobie sprawę, że to cholernie niesprawiedliwe w stosunku do Glizdka, ignorować go i spychać wciąż we własny cień. Ale to było łatwe, gdy ten nie protestował. James i on zauważali Petera dopiero, gdy znikał na więcej niż trzy godziny. Peter nie miał im tego za złe, albo przynajmniej pretensji nie wypowiadał na głos. Bo co by się stało, gdyby stracił miejsce w Wielkiej Czwórce, skoro przynależność do Huncwotów definiowała wszystko, czym był dla innych? Skoro był „tym czwartym z Huncwotów”, to kim stałby się bez nich? Nikim.
Siedzieli oboje w swojej sypialni. Syriusz dlatego, że krył się przed światem, Peter, bo nie potrafił sobie znaleźć ciekawszego towarzystwa.
Syriusz nie był ostatnio najlepszym kompanem. Siedział cicho, nie odzywał się do nikogo, zawieszał wzrok na parę minut na jednym punkcie. A gdy musiał wyjść do ludzi, przybierał okropne, wyświechtane maski, jakby chciał się im pokazać takim, jakiego go chcą.
Peter rzucił mu długie i znaczące spojrzenie, po raz kolejny tego dnia. Ale tak nie potrafił zmusić Łapy go otworzenia gęby. Także próby zagajenia jakiejkolwiek rozmowy kończyły się fiaskiem.
- Co się z tobą dzieje?
Pomyślał, że i tym razem Syriusz go zignorował. Ale ten, wciąż gapiąc się w zaciek na suficie, mruknął:
- Źle się czuję.
- Yyy... to nie łatwiej iść do Skrzydła Szpitalnego, niż tu umierać?
Łapa przewrócił oczami i powrócił do wpatrywania się w sufit. Znów zapadła ta sama cisza.
Niespodziewanie znów odezwał się Syriusz.
- Ja się źle czuję
ze sobą.
- Ach... aha.
- Zachowuję się jak dupek, bo jestem dupkiem... ale jednak nie jestem sobą. Ma to sens?
- Nie.
- I nie mogę być taki, jak ona chce, żebym był.
- Czyli żebyś nie był dupkiem?
- Nie.
- Przepraszam, to była nadinterpretacja. Mów dalej.
- Jestem dupkiem?
- Ee... sam to przed chwilą powiedziałeś.
- No tak, a już prawie zapomniałem – westchnął Syriusz.
I mimo wszystko, i nie wiedzieć czemu, zrobiło mu się lżej.
***
Aportował się z Lily na południowym wybrzeżu Wysp. Był tu kiedyś na wakacjach z rodzicami. Chciał ją zabrać gdzieś z dala od deszczu. Warto było ją namawiać dobre pół godziny, by teraz widzieć, jak morska bryza rozwiewa jej długie, kasztanowe włosy, a ona sama z błogim uśmiechem na ustach wystawia twarz w kierunku ostrego, zimowego słońca.
Uparła się, by pójść w swoim nowym płaszczu, oczywiście cudownie jej w nim było, ale cała dygotała.
Zdjął swoją skórzaną kurtkę i narzucił jej na ramiona.
- Teraz ty będziesz się trząsł.
- Mnie jest gorąco – stwierdził, patrząc jej w oczy zaczepnie. Nie podjęła tego tematu.
- No nie wiem, jeśli się przeziębisz, będę musiała znaleźć sobie innego partnera na Sylwestra – rzuciła obojętnym tonem.
Podniósł brwi.
- Bo zabieram cię na imprezę – raczyła mu wyjaśnić z uroczym uśmiechem.
- Szczerze mówiąc myślałem, że spędzimy go sami. Na przykład u mnie.
- Och, James. Nie bądź taki samolubny – odparła, chwytając go w pasie i zgrabnie wplatając się pod jego ramię.
Uśmiechnął się do siebie.
- No i jak tu tobie nie ulec? No jak? – wzruszyła ramionami. - Kto tam będzie?
- Sami mugole. Moje koleżanki z podwórka... koledzy... z podwórka...
by Paula
komentarze [10]
"Przez wielkie K"
czwartek, 7 lutego 2008
To tytułowe K dedykowane jest
Kasi Kochanej,
podobnie jak Kocham wielkoliterowe i Każde K, które mi się w tym rozdziale wymsknęło, nie do Końca zamierzenie.
___________________________________________
Krok za krokiem i cząstka po cząstce, półświadomie zadawniony i zapomniany, zepchnięty na peryferia pamięci i szczelnie przykryty cudami chwili obecnej – sen. Ten wakacyjny, dawno wyśniony, a przecież to właśnie jego strzępki, jak stopklatki wysłużonej taśmy filmowej, migały w głowie Lily. Nie ciągle, nawet nie raz w tygodniu. Tylko wtedy, gdy, jakby obdarzone własnym życiem i myśleniem, mogły jeszcze bardziej ją pognębić, najczęściej samotnymi, zimnymi nocami późnojesiennymi. Potrząsała wtedy głową, jakby odganiając uciążliwą muchę, ale nie zasypiała już tej nocy. Przeważnie pochłaniała wtedy podręczniki, czytając na tyle szybko, by jej umysł nie mógł nic dopowiedzieć między wierszami. Sen przecież nie był jeszcze przepowiednią. Pseudowizja nauczycielki także. Ani kolejny akt w tym sennym scenariuszu, który wypełnił się za sprawą lodowej primabaleriny, tańczącej tak, jak James jej zagrał. Nie, to obłęd.
Nikt, nikt na jej miejscu nie myślałby teraz o tym, teraz – gdy w ciemności wracała z nim do zamku, a jedyną prawdziwie realną rzeczą była jego dłoń, którą ściskała.
Cała była skostniała z zimna, nawet mimo kurtki Jamesa, którą zarzucił jej na ramiona. I miała to cudownie gdzieś, bo mróz był niczym w porównaniu z ciepłem promieniującym gdzieś z okolic serca.
I właściwie przebyła całą drogę do dormitorium jakby w letargu, nie przejmując się wcale, gdzie idzie, tylko ślepo za Jamesem podążając. A jej myśli, takie nieposkromione, takie, na które nigdy wcześniej by sobie nie pozwoliła, błądziły razem z nią.
Kobieto, puchu marny! Prawdopodobnie, będąc teraz w stanie beztroskiego i bezmyślnego zakochania, na każde pytanie, nieważne kogo, odpowiedziałaby radosnym śmiechem.
Zatrzymali się przed portretem Grubej Damy. James stanął naprzeciw Lily, błądząc wzrokiem po jej twarzy i chyba starając się zapamiętać jak najwięcej z jej uśmiechu, z rozedrganych kącików ust i dołków w policzkach.
- Pora się pożegnać – powiedział w końcu cicho, wciąż tak pochłonięty jej widokiem, że zdawał się jej nie słuchać. Ale słuchał.
- Jeszcze wcześnie – odparła, marszcząc lekko brwi. – Po co się żegnać, skoro i tak znów na siebie wpadniemy?
Uśmiechnął się łobuzersko.
- Czy to nie oczywiste? Pożegnać się, żeby później znowu się...
Ujął jej twarz w dłonie i pocałował ją delikatnie.
- ...przywitać.
Zarumieniła się. Znowu.
- Więc przywitaj się teraz, James – wyrwało się jej.
Natychmiast spełnił jej prośbę.
Stanęła w końcu w drzwiach dormitorium. Roztarła energicznie skostniałe dłonie, ale chociaż zmarznięta twarz ją piekła, coś w środku rozgrzewało jej krew i zmuszało do szybszego bicia serce. Była zziębnięta, a nos i czubki uszu miała czerwone od mrozu. Włosy, w malowniczym nieładzie, wcisnęła za kołnierz, a oczy błyszczały od niedawnych łez. Teraz jednak jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu, który po prostu nie mógł nic nie znaczyć.
Zamknęła głośno drzwi, jakby chcąc oznajmić wszystkim o swoim przybyciu. Rozejrzała się po pomieszczeniu. Ann i Dorcas były zajęte przyciszoną rozmową, a pozostałe lokatorki zajęte... nią samą. Lily to zupełnie nie przeszkadzało. Roześmiała się głośno, gdy Mary, piegowata szatynka z dołkiem w brodzie, zmierzyła ją wzrokiem - począwszy od ubłoconych butów, przez mokre spodnie, aż po oczy otoczone aureolką rozmazanego tuszu i pozlepiane wilgocią kosmyki rudych włosów.
- Wspaniale wyglądasz! – krzyknęła tymczasem Ann, wpatrując się w nią z mieszaniną uznania i satysfakcji. – On cię tak urządził?
- Czyżby James Potter? – wtrąciła się Mary ze złośliwym uśmieszkiem na wąskich wargach.
Dorcas już otwierała usta, by udzielić jej równie złośliwej reprymendy, kiedy zza ściany dobiegł ich uszu przytłumiony huk. Wszystkie zaczęły nasłuchiwać. Przez chwilę w sypialni Huncwotów zaległa cisza, by później z gwałtownością wybuchu bomby obrócić się w radosne okrzyki zagłuszone rykiem śmiechu.
Potem Lily usłyszała, już wyraźnie, trzaskanie drzwi i charakterystyczny śmiech Syriusza, który wybiegł z dormitorium, pokonał pokój wspólny i popędził w kierunku znanym tylko Huncwotom.
Rudowłosa nasłuchiwała jeszcze chwilkę, ale chłopcy całkowicie ucichli, więc ignorując szepty lokatorek, ściągnęła buty, a płaszcz rzuciła niedbale na swoje łóżko.
Zamknęła się w łazience z myślą o długiej, gorącej kąpieli.
Spojrzała głęboko i wyzywająco w oczy swojemu lustrzanemu odbiciu. Nareszcie nie miało jej nic do powiedzenia. Uśmiechnęła się tryumfalnie.
Odkręciła kurki wanny wciąż uśmiechając się do siebie. Wlała do wody tyle płynu, że zrobiła się ciemnowiśniowa i wskoczyła do niej, zanurzając się aż po szyję.
Już zdążyła odurzyć się owocową wonią olejku, gdy do łazienki bez skrępowania wpadły Dorcas i Ann.
Lily usiadła w wannie jak oparzona, dławiąc się przy tym wodą i zagarnęła pod siebie warstwę piany.
- Co to ma znaczyć?! – wydusiła, kaszląc, bo mydło wciąż drapało ją w gardło.
Przyjaciółki spojrzały po sobie znacząco i przysiadły na krawędzi wanny. Obie założyły ręce na piersiach i wbiły w skrępowaną Lilyann wyczekujące spojrzenia.
- To nie może poczekać? – mruknęła mimochodem, wciąż przygarniając pianę.
Tak jak przewidywała, pokręciły przecząco głowami.
- Jesteście do cna pokopane.
- A ty się zabujałaś, czy to nie to samo? – odparowała Dorcas z uciechą.
Rudowłosa westchnęła teatralnie. Zebrała na dłoń trochę piany i z całej siły dmuchnęła przed siebie, a wiśniowe bąbelki poszybowały w górę i popękały.
- Dlaczego wy największą nieuchwytność, jaka kiedykolwiek istniała, musicie sprowadzać do spraw tak beznadziejnie przyziemnych…– rzuciła w przestrzeń po chwili, sama w myślach nabijając się ze swojej nowo nabytej skłonności do metafizyczności.
- Sprawy wyższych lotów są udziałem jedynie zakochanych – odparła Ann.
- Więc także i twoim – zauważyła przebiegle Lily.
Blondynka speszyła się lekko i szybko odparła:
- Nie zmieniaj tematu.
- Ale czego wy ode mnie oczekujecie? Co mam powiedzieć?
- Że się żenisz?
- Dorcas, ona może co najwyżej wyjść za mąż... – wtrąciła blondynka z pobłażaniem.
- Ani jedno, ani drugie! – roześmiała się Lily.
- To... że wszystko będzie dobrze, na przykład?
- Nie. – odparła, tym razem poważnie. – Powiem raczej, że nawet jeśli będzie źle, to James chwyci mnie za rękę – powiedziała, bardziej do siebie niż do nich. A po chwili uśmiechnęła się krzywo i dodała: - choć to brzmi jak...
- Miód na uszy! – przerwała jej Dorcas.
Pocałowała Lily w mokre czoło i wybiegła z łazienki, a za nią podążyła także Ann, zamykając za sobą cicho drzwi.
***
Lily wyjrzała za węgieł. Uśmiechnęła się lekko na widok chłopaka rozłożonego swobodnie na dywanie przy kominku, otoczonego stertą pergaminów i podręczników. Z bałaganem było mu do twarzy, musiała to przyznać.
Podeszła cicho, prawie bezszelestnie. Z lekkim, zagadkowym uśmiechem położyła się naprzeciw niego, jednak o wiele dalej, niż by sobie tego życzył. Wtedy on podniósł głowę znad zadania i otworzył usta by coś powiedzieć, ale widocznie nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Jej za całe powitanie wystarczyły orzechowe oczy Jamesa, które rozświetliły się w milczącym zachwycie.
Chwilę później, gdy James zwalczył w sobie pokusę powiedzenia czegoś, co według niego mogło zabrzmieć zbyt odważnie, dał jej znak, żeby się przysunęła.
Pokręciła głową. Z wyrachowaną miną wyciągnęła z torby podręczniki i pergaminy, po czym wzięła się do kończenia pracy domowej.
- Nieczuła – westchnął, niby do siebie. – Nieczuła Afrodyta.
- Co tam mruczysz? – zapytała niedbale, nie przerywając pisania.
- Ja? Mam problem z zadaniem – odparł z cwaniackim uśmieszkiem.
Zawahała się chwilę, ale w końcu przyczołgała się do niego na czworakach. Zmarszczyła brwi.
- Rzeczywiście masz problem z zadaniem – stwierdziła po pobieżnym przestudiowaniu treści. – Nie mieści ci się na pergaminie – dodała z udawanym współczuciem.
- Nie – odparł. – Po prostu byłaś tak daleko, że nie mogłem się skupić.
- Czyli od tej pory – zaczęła powoli, czerwieniąc się lekko pod jego spojrzeniem. – Będziesz mógł myśleć tylko wtedy, gdy będę
tak blisko?
Zastanowił się chwilę, a potem z całym przekonaniem odparł:
- Sama widzisz, Lily, nie masz wyboru.
Gryfoni przyglądali się im z ciekawością. Rozmawiając, mówili nawet przyciszonymi głosami, zachowując się, jakby mieli udział w chwili wręcz historycznej. A Tiger, zrezygnowany Tiger Woods, mimo wcześniejszych postanowień nie podszedł dziś do Lilyann, choć wciąż przekonywał sam siebie, że nie wszystko stracone. Obrażał w myślach Pottera za każde słowo skierowane do Lily.
Och, spróbuje jutro.
Pojutrze.
Albo popojutrze.
- Chłopie, już po ptokach – skwitował go kumpel, waląc z całej siły po plecach. – To było nieuniknione, nie oszukujmy się. Świat się na Evans nie kończy.
Dla Jamesa świat na Lily się zaczynał.
Kiedy odłożyli podręczniki na bok, a pokój wspólny wyludnił się do ostatniego ucznia, ułożyli się oboje na kanapie. Chłopak wciąż trzymał jej dłoń, jakby bojąc się ją wypuścić, bo wtedy z pewnością uciekłaby gdzieś, albo co gorsza on obudziłby się ze snu, bo naprawdę czuł się, jakby to był sen. Wpatrywał się w ogień. Wyraz jego twarzy mówił, że widzi w nim o wiele więcej niż tylko przygasające płomienie.
- Zapomniałem ci o czymś powiedzieć – zaczął tonem dość nieodgadnionym.
Uniosła się na łokciu, by na niego spojrzeć.
- Co to takiego? – zapytała zaniepokojona.
- No, bo przecież nie powiedziałem ci, że cię kocham.
Uśmiechnęła się, trochę z ulgą.
- Myślę, że dałeś mi to dość jasno do zrozumienia – odpowiedziała rozbawiona.
- To wolisz, żebym dawał do zrozumienia? – zapytał z przebiegłą miną.
- Nie, powiedz. Lubię to słyszeć.
- Wierzę. Ale zaraz, czyż nie to powtarzałem przez ubiegłe sześć lat? Chwilowa amnestia?
- Och – westchnęła, puszczając mimo uszu jego zaczepkę. – To nie to samo. Chodzi o takie „kocham cię” pisane wielką literą, rozumiesz, co mam na myśli?
Udał, że nie rozumie.
- Powiedz.
- Och, naprawdę chcesz? – zaimprowizowała.
- Marzę o tym. – odrzekł, uśmiechając się figlarnie.
- Dobrze. Dobrze – powtórzyła, bo pojęcia nie miała, co James chce usłyszeć.
- Ale co ja mam powiedzieć? – zapytała po chwili zakłopotana.
- No, jak to? Naucz mnie mówić wielkimi literami, Lilyann.
Wyszczerzył zęby bardzo po swojemu, ale za chwilę przestał się uśmiechać.
- James, kocham cię – powiedziała, ale w tonie jej głosu, jakkolwiek przepojonym uczuciem, nie dało się usłyszeć żadnej wielkiej litery.
- Jeszcze raz, Lilyann – zachęcił ją belferskim tonem. – Nie usłyszałem żadnej różnicy w pisowni.
- No więc – wstrzymała na chwilę oddech. – Kocham cię.
- Nie zaczyna się zdania od „no więc” – odparł natychmiast.
Chciał to po prostu usłyszeć jeszcze raz, ale Lily, obrażona, obróciła się do niego plecami.
- Trzy światy z tobą – prychnęła po chwili.
- Ale za to jakie światy.
- Racja – stwierdziła po chwili i przeprosiła się z jego ramionami.
Zapadła przyjemna cisza. Sekundy rozkosznie rozciągały się w minuty, a James wyraźnie zbierał się, by coś jej powiedzieć, lecz znów nie wiedział jak zacząć. Dobierał długo, bardzo długo słowa, aż w końcu zaczął obawiać się, ze Lily zaśnie i nie mógł dłużej zwlekać.
- Lily?
- Mm? – odezwała się sennie.
- Porozmawiajmy.
- O czym? – coś w jego głosie sprawiło, że poderwała się z kanapy i usiadła, rozbudzona.
- O nas.
- To znaczy?
- O nas za rok, za dwa lata.
- Wiesz, że w tych czasach jakiekolwiek plany nie mają wiele szans powodzenia. Jest wojna, James.
Mówiła trochę tak, jakby jej to nie dotyczyło, rzeczowym tonem, który wystarczył, by jakiekolwiek plany burzyć. Jakby nie była częścią tej wojny, i jakby nie była częścią jego życia. Przestraszyło go to.
- Lily, wojna chyba też jest częścią naszej przyszłości, czy tego chcemy, czy nie.
- Czasem się zastanawiam, choć pewnie nie powinnam, czy to ma sens.
- Walka? – zapytał dziwnym tonem.
- Nie powinnam, prawda? – zapytała cicho.
- Oczywiście, że nie powinnaś – odparł pewnie i z niezamierzoną nutą pretensji w głosie.
Jednak gdy napotkał jej rozgoryczone spojrzenie, przytulił ją do siebie mocno i powiedział ciepło i spokojnie:
- Przepraszam. Po prostu boję się poddać. Bo jeżeli się poddamy, to przegramy od razu. Lily, błagam cię, nie płacz – szepnął, kołysząc ją lekko w swoich ramionach. – Przepraszam.
- To nic – mruknęła i przetarła oczy rękawem. – Więc co zamierzasz?
- Kiedy tylko nadejdzie czas, stanę w jednym szeregu z Dumbledore’m – zamilkł na chwilę. – i moim ojcem.
- Dla kogo będziesz walczył, dla ojca? – zapytała szybko i trochę za głośno, zanim zdążyła to przemyśleć. Wciąż pamiętała wyraz jego twarzy, gdy opowiadał im, co przeżył gdzieś daleko w Bangladeszu, a jeszcze dokładniej ton jego głosu, gdy mówił, że nie mógł, nie potrafił odmówić swojemu ojcu podjęcia się wyprawy. – Co chcesz mu udowodnić, James?
- Udowodnić? Nie muszę mu niczego udowadniać!
- Nie? Nie? Ale ty wciąż to robisz! – wybuchła. – Jak długo będziesz go przekonywał, że jesteś jego wart? Jak daleko masz zamiar zajść, zanim zgubisz drogę do domu, dalej niż do tego piekielnego Bangladeszu? – urwała, widząc wyraz jego twarzy.
Ukrył ją w dłoniach.
Cała złość już z niej spłynęła. Próbując odjąć mu ręce od twarzy, powiedziała cicho:
- Przepraszam, ja wiem, że to nieprawda. To mnie po prostu... przerasta, to...
On zastygł jeszcze chwilę bez ruchu, ale kiedy znów na nią spojrzał, na jego twarzy na powrót zobaczyła ciepły uśmiech.
- Nic nie chcę mu udowadniać. Nie robię tego dla niego.
- Wiem – odpowiedziała natychmiast, czując okropne wyrzuty sumienia.
- Chociaż, wiesz co, może dla niego też. Cholera, Lily, walczymy z Sama-Wiesz-Kim! Ja stanę do walki dla ciebie i dla dzieci, które mi urodzisz. I za kogokolwiek innego, kto tylko go nie popiera.
- Ja...
- Bo może uda się uczynić Sama-Wiesz-Kogo historią, nawet jeśli ja też stanę się przeszłością. Ale proszę, nie mów mi, że to tylko próba udowodnienia mojej własnej wartości... nie jestem aż takim egoistą, potrafisz w to uwierzyć?
- Tak, oczywiście...
- Idę spać – powiedział, podnosząc się z kanapy. – Dobranoc.
Pocałował ją w czoło, a po chwili zniknął na ciemnych schodach, zostawiając ją sam na sam z nieznośnym poczuciem winy. Przez chwilę chciała pobiec za nim, przeprosić raz jeszcze, nawet poderwała się z miejsca, ale zrezygnowała.
- Dobranoc – szepnęła.
Chwilę później zebrała podręczniki swoje i Jamesa, bo on sam zupełnie o nich zapomniał, i wróciła do dormitorium.
Jednak nie spała dobrze tej nocy, śniła się jej tancerka z lodu. I bynajmniej nie był to dobry sen.
***
Jamesa obudził deszcz zacinający tak bardzo, że bębnił w szyby albo okropny ból głowy. Jednak kiedy już otworzył oczy, odkrył, że jest w pokoju sam.
Okropny katar i denerwujące uczucie rozbicia na części pierwsze towarzyszące zwykle przeziębieniom sprawiło, że bardzo długo zbierał się, żeby wstać. Ubrał się w dwa swetry.
Zszedł do Wielkiej Sali, gdzie przy stole Gryffindoru zobaczył Huncwotów, jak zwykle szampańsko rozbawionych i wtórujące im Dorcas i Ann. Lily natomiast nie brała udziału w rozmowie, tylko co chwila rzucała spojrzenia na drzwi. Kiedy go dostrzegła, wyraz jej twarzy nie zmienił się, jednak odprowadziła go wzrokiem do samego końca, aż znalazł się przy ich stole. Odniósł wrażenie, że Lily bada sytuację i chyba słusznie - rozluźniła się wyraźnie, gdy usiadł obok niej.
Oczy miała podkrążone, a nos zaczerwieniony tak samo jak jego.
Uśmiechnęła się przepraszająco i stanowczo za smutno.
- Hej, rozchmurz się, Słonko – szepnął jej.
- James... – zaczęła. – Czuję się okropnie.
Chłopak kichnął wymownie.
- Ja też.
- Tak...
- ...przejdźmy się po śniadaniu do pielęgniarki. To chyba wczorajsza wycieczka w poszukiwaniu wiosny nie wyszła nam na zdrowie – powiedział beztroskim tonem, nalewając sobie do pucharu soku dyniowego.
Nie mogła się powstrzymać, by nie przewrócić oczami.
- Nie o to mi chodzi.
Odłożył na talerz kanapkę. Spojrzał na nią z uśmiechem i po prostu pocałował w policzek.
- To naprawdę nic. Naprawdę – szepnął, gdy się od niej odsuwał.
Poczuł, że coś dziwnie wciska go w ławkę. Tak, to połowa sali patrzyła na nich. Nie mógł powstrzymać tej przemożnej chęci, by objąć Lily ramieniem, pochwalić się. Cóż, jakikolwiek by był, nazywał się w końcu James Potter.
Lily wciąż miała chmurną minę.
- Rozchmurz się, Słonko – powtórzył.
A grudzień minął im właśnie tak, jakby nic nie przesłaniało słońca.
- Wyjeżdżasz na święta? – zapytała ze zdziwieniem Dorcas, gdy wieczorem w przeddzień ferii świątecznych zastała Lily przepakowującą część kufra do podręcznego plecaka.
Lily zasunęła wszystkie zamki plecaka i dopiero wtedy odpowiedziała:
- Rodzice prosili, żebym wróciła.
- Ale przecież zawsze...
- Wiem, Dor. Ale nie potrafiłam im odmówić, strasznie się martwią.
Uśmiechnęła się do przyjaciółki przepraszająco i wyciągnęła z szafy sztruksową spódnicę.
- To nasze ostatnie święta w Hogwarcie – zauważyła z lekkim wyrzutem Dorcas.
Wzdrygała się na samą myśl o powrocie do swojego domu, jednocześnie trochę zazdroszcząc Lily.
- Ale przecież Ann zostaje – powiedziała Lily i zamknęła się w łazience, myśląc, że rozmowa skończona, bo Dorcas długo nie odpowiadała.
- A Syriusz? – zapytała jednak po chwili brunetka na tyle głośno, by Lily usłyszała ją przez drzwi, perfekcyjnie udając brak większego zainteresowania odpowiedzią.
Lily otworzyła drzwi od środka i wpuściła ją do łazienki
- James mówił, że jego rodzice... to znaczy rodzice Jamesa, oczywiście... – wyjaśniła, wymachując śmiesznie szminką. – ...zapraszali Syriusza do siebie, ale on coś sobie ubzdurał.
- Czyli zostaje? – upewniła się Dorcas, zapominając tym razem o obojętnym tonie.
- Tak, zostaje, o ile Jamesowi nie uda się go przekonać – potwierdziła Lily, przyglądając się jej badawczo. – Bo co?
- Bo co, bo co – przedrzeźniała ją. – Pytać nie można?
Do dormitorium weszła Ann i zaczęła rozglądać się za współlokatorkami.
- O co się kłócicie tym razem? – zapytała, wystawiając głowę przez drzwi łazienki.
- Lily wybywa na święta – odpowiedziała natychmiast Dorcas, chcąc odwrócić uwagę od siebie.
- A Dorcas chce wrócić do Blacka.
Ann uniosła wysoko brwi.
- Do Blacka? Nie wydaje ci się...
- A dlaczego nie interesuje cię to, że Lily jedzie na święta?! – fuknęła Dorcas.
Ann wzruszyła ramionami.
- To jej decyzja, Dorcas.
Brunetka spojrzała w sufit.
Ann, ignorując ją, zwróciła się do Lily:
- James się niecierpliwi. Stoi przed schodami i chce cię tam w tym momencie widzieć – powiedziała z uśmiechem.
- To mu powiedz, że ja chcę gwiazdkę z nieba – mruknęła Lily. – Jak kocha, to poczeka, nie jestem jeszcze gotowa – dodała i zaczęła grzebać w kosmetyczce.
- Rogacz, Lily chce gwiazdkę z nieba! – zawołała Ann.
- Da się zrobić! – odkrzyknął James z pokoju wspólnego. – Tylko niech ona już się nie szminkuje, bo później nie mogę tej mazi z siebie zmyć! – dodał rozpaczliwie.
Z pokoju wspólnego dobiegły ich uszu gryfońskie chichoty.
- JAMES! – wrzasnęła Lily.
Zaczerwieniła się tak, że nawet jej włosy wydawały się być bardziej rude.
by Paula
komentarze [49]
"Nie przejmując się zmierzchem, nie przejmując się niczym"
poniedziałek, 24 grudnia 2007
By w Dzień Bożego Narodzenia jeden drugiemu spojrzał w oczy inaczej,
Byśmy się dzielili sercem jak wigilijnym opłatkiem - z dobrymi łzami w oczach,
By ktoś przebaczył, ktoś rozpłakał się nad winą darowaną,
By ktoś przypomniał sobie kolędę dawno zapomnianą,
By ktoś zamknięte drzwi otworzył,
A drogi krzywe stały się prostymi.
By wszyscy byli dobrej woli, a nad światem pokój - Boży pokój.
Wam wszystkim - Paula.
A teraz już zapraszam, po długiej nieobecności.
***
Jaki był listopad?
Jesienny. Tak, w najgorszym tego słowa znaczeniu. W znaczeniu zimnym, wietrznym i żałosnym w swojej nagości drzew, szarości nieba. Nawet listopadowe powietrze, otulające szczelnie melancholią wzgórza wokół Hogwartu, wydawało się być popielate. Ziemię pokryły warstwy przegniłych już liści i na wpół zeschłej trawy.
Ten widok skutecznie odpychał wzrok większości uczniów od okien, ale i wewnątrz zamku nie mieli czym nacieszyć oczu.
O Nocy Duchów wspomnieć warto tylko tyle, że wszyscy bawili się lepiej od Jamesa i Lily.
Z prostego powodu – wspomniani najzwyczajniej się na niej nie pojawili. Spędzili święto, każde z osobna, w opustoszałym zamku, w opustoszałych dormitoriach.
Poza tym wszystko płynęło swoim leniwym rytmem, począwszy od nudnych wykładów po jeszcze nudniejsze ostatnio relacje… pozalekcyjne.
Syriusz znów rzucił się w hedonistyczny wir uciech panieńskich. Od czasu rozstania z Dorcas zdążył już zaprzyjaźnić się z trzema blondynkami i jedną uroczą szatynką, których imion niestety nie mogę sobie przypomnieć. Dorcas też udawała, że nie pamięta.
Co najważniejsze, gdzieś około drugiej blondynki Łapa ostatecznie pogodził się z Jamesem, albo chociaż tak mu się wydawało.
Nie domyślił się, że przyjaciel po prostu stracił zainteresowanie obiektem ich sporu – Lilyann Evans.
Rogacz przygasł ostatnio. Nie stracił co prawda poczucia humoru, ale nawet swoje riposty, z których sam byłby kiedyś niezwykle dumny, wypowiadał głosem mrukliwym i beznamiętnym. Na żarty przyjaciół zwykł odpowiadać, zwyczajem starszych panów, kiwaniem głowy. Całą swoją osobą demonstrował światu, że jest ponad nim, pod nim, a może całkiem obok.
Jego jedyną odmienną reakcją na rzeczywistość był pojawiający się czasem na twarzy ironiczny uśmieszek, co było dla Huncwotów znakiem ostrzegawczym, bo James stawał się wtedy zaraźliwie drażliwy, co przeważnie prowadziło do kłótni. Oczywiście, że starali się pomóc, dociec powodu tej metamorfozy, po huncwocku zresztą posuwając się do środków dość drastycznych. Nie pomagało.
Chłopak w pełni akceptował tylko towarzystwo Petera, który jedyny zdawał się, choć w minimalnym stopniu, go rozumieć. Nie zadawał jak inni męczących pytań – mało tego, prawie wcale się nie odzywał, a jeżeli już, to rozmawiali o miotłach, o quidditchu, a nawet o szkole. Bo trzeba przyznać, że jeśli do życia James stracił zapał, to przeniósł go na naukę. Efekty dla wielu były szokujące – nie dlatego, że wcześniej zdolności nie miał. Po prostu skuteczniej je maskował.
James w listopadzie uśmiechał się tylko w jednej sytuacji – kiedy na lekcji okazywał się lepszy od Lily.
Znam tylko jedno wydarzenie będące częścią tej historii, które przełamywało to przed-zimowe fatum.
Pewnego wyjątkowo ciepłego popołudnia (trawy nie pokrywała tradycyjna warstwa szronu) Remus zabrał Ann na spacer. Nie powiedział później nikomu, o czym rozmawiali, ale faktem było to, że odtąd zaczęli na spacery chodzić regularnie. Przemierzali błonia to skuleni pod jednym parasolem, to walczący z wiatrem plątającym im szaliki, a wracali ze zdrowymi rumieńcami. Oczywiście, że to wszystko przez mróz.
***
A grudzień?
Zadziwiające, jak to przełomy lubią przychodzić wraz z miesiącami. Dokładnie pierwszego grudnia zaczęło śnieżyć. Ale zmieniło się też zachowanie Lilyann.
Przez cały listopad dzielnie znosiła swoje porażki, bo tak traktowała ciągnący się tygodniami pojedynek z Jamesem, nie na różdżki, a na oceny.
Dobrze wiedziała, że wszystko to jest absurdem, a jednak duma kazała jej jeszcze częściej zagrzebywać się w podręcznikach. Początkowo siedziała w bibliotece, ale i on zaczął tam bywać.
Dzisiaj było inaczej. Pierwszy raz od siedmiu lat pobił ją z Eliksirów. To musiało zaboleć, zapiekło do żywego.
- Dumny z siebie jesteś? – prychnęła, gdy wychodzili z lochów, a James nawet nie starał się ukryć swojej satysfakcji. Uśmiechał się (chociaż jego samego kosztowało to wiele wysiłku) i pozwalał klepać po plecach Gryfonom (tych bardziej ucieszyło to, że okazał się lepszy od Snape’a).
Zatrzymał się momentalnie, gdy ją usłyszał. Ale nie odwrócił się, tylko spojrzał po twarzach otaczających go Gryfonów i zapytał ich:
- A powinienem być?
- Pewnie, stary – odparł z uśmiechem Longbottom. – Lily, nie spodziewałabyś się tego po Jamesie, nie?
- Widać, że parę lat latania za tobą krok w krok przyniosło mu…
- …oprócz drobnych uszkodzeń ciała…
- … też co nieco wiedzy.
Ruszyła szybko przez siebie, wkurzona po stokroć bardziej niż wcześniej, bo naprawdę chciała, żeby okazał jej choć trochę uwagi. Ignorował ją. I na brodę Merlina! Źle jej z tym było!
***
Rudowłosa poprosiła Dorcas i Ann, by odrobiły lekcje w dormitorium. Oczywiście w ramach solidarności zrobiły to, ale po raz wtóry zastrzegły, że mają dość izolowania się od świata. Tym razem zachowanie dziewczyny wydało im się na tyle odmienne od listopadowego, że postanowiły zbadać tego przyczynę.
- Lily, czy mi się wydaje, czy ci brakuje tego kretyna? – upewniła się Dorcas.
Otrząsnęła się, jakby z letargu, a z jej pióra na nie zapisany wciąż pergamin spadła kropla atramentu. Nie usunęła kleksa, tylko w przypływie weny twórczej rozmazała go w artystyczny bohomaz.
- Nie brakuje mi kretyna, tylko Jamesa – zaczęła, ważąc słowa. - Ale takiego…
- Prawdziwego? – przerwała jej Dorcas.
- Wygadanego – mruknęła Lily.
- Niepokornego – kontynuowała brunetka.
- Nieporządnego.
- Narcystycznego.
- Wytrwałego.
- Zarozumiałego.
- Upartego.
- A zakochanego? – przerwała wyliczankę Ann.
Tak, trafiła w sedno. I dlatego Lily gorąco zaprzeczyła.
- Lily, nie bądź śmieszna – zganiła ją Dorcas, w duszy czekając aż Lily to powie. - Darujmy sobie te eufemizmy. Ty go niestety kochasz – powiedziała ucieszonym głosem.
Drugi raz otwierała usta, żeby zaprzeczyć, ale zabrakło jej wiarygodnych argumentów, więc tylko obdarzyła przyjaciółki nieprzychylnym spojrzeniem. I wyszła.
Nogi same ją zaprowadziły ją pod dormitorium Jamesa.
Pierwszy schodek.
Właściwie dlaczego na niego weszła?
Drugi schodek.
Sen wariata. Nie, ona na pewno tego nie robi.
Trzeci.
I co mu powie? „Nie gniewam się, że dostajesz lepsze stopnie?”
Czwarty.
Bo przecież nie powie mu, że go kocha.
I piąty.
Popatrzyłby na nią… no, może w końcu nie patrzyłby na nią listopadowo?
Szósty.
Tak, bez wątpienia spojrzałby całkiem inaczej, bo nie chciałby jej chwiejnej, egocentrycznej miłości. Kto by chciał…
A więc znów piąty.
I czwarty.
Trzeci?
Nie, nie. Pójdzie tam. Chociażby po to, żeby wyładować emocje. Zrobić mu awanturę i zmusić, by przerwał to milczenie. Nie pozwoli się dłużej tak karać, o!
Klepki stopni zadudniły pod jej żwawymi krokami. Zapukała do drzwi, założyła ręce na piersi. Starała się wyglądać groźnie i nieprzystępnie. Pech chciał, że jej widok przytłoczył Syriusza, a nie Jamesa.
Chłopak jakby skulił się w sobie na jej widok, ale chwilę później odzyskał dawny animusz.
- Cześć, Lily. Co cię sprowadza?
- James.
Syriusz uśmiechnął się nieznacznie.
- Nie sądzę, żeby James cię tu sprowadził.
- Masz rację, sama się do niego sprowadziłam – spojrzała na niego rozbawiona.
Odsunął się, by mogła wejść i zaczął nieśmiało:
- James jest w łazience, przed chwilą wrócił z treningu. Lily, chciałbym…
- No?
Chłopak podszedł do szafki, odsunął szufladę, a z niej wyciągnął ogromną czekoladę.
- Zachowałem się wtedy beznadziejnie. Wiem, że moje przeprosiny są dość przedawnione, ale… lepiej późno niż później, czyż nie?
Wzięła od niego czekoladę, obejrzała przezornie i odłamała spory kawałek. Wpakowawszy go sobie do ust, odparła:
- Wybaczam.
I uśmiechnęła się do niego, obnażając brązowe zęby.
- Kamień z serca, Ruda. On powinien niedługo wyjść. Ostatnio czas spędzany przez niego w łazience drastycznie się skrócił, nie wiedzieć czemu. Więc zostawiam was.
Usiadła na krześle stojącym w kącie. Odłamała kolejne cztery kostki czekolady. Wygładziła spódniczkę na kolanach. Kierowana dziwnym impulsem rozpuściła włosy. Tak, denerwowała się. Tak, chciała pierzchnąć. Na szczęście nie zdążyła.
Z łazienki dobiegła jej uszu znana melodia kaleczona dość przez jej wykonawcę. Chwilę później drzwi otworzyły się gwałtownie, a jej oczom ukazał się James w… prawie całej okazałości. Chłopak jęknął przeciągle i cofnął się do łazienki.
- Nie słyszałem, żebyś pukała – powiedział już zza drzwi.
- Pukałam – odpowiedziała. – Mógłbyś wyjść?
- Nie sądzę.
- Bo nie możesz na mnie patrzyć?
- Nie. Bo nie mam spodni.
- Myślałam, że to nie stanowi dla ciebie problemu.
- Ja też myślałem, że niektóre rzeczy nie stanowią dla ciebie problemu – mruknął. - Ale są dla ciebie wielkim problemem. Więc dlaczego ja nie miałbym mieć problemu z paradowaniem przed tobą w slipkach? To brzmi rozsądnie, jeśliby brać na to twoją poprawkę.
- James! – uderzyła otwartą dłonią w drzwi. – Proszę, pogadajmy – skończyła o wiele ciszej.
Jakkolwiek Potter byłby wciąż listopadowy, nie mógłby dłużej nazywać się Potterem, gdyby teraz nie wyszedł do niej, słysząc jej podłamanie.
Wiec otworzył drzwi, przeszedł szybko do szafy i odnalazł sprane jeansy. Gdy wciągnął je na nogi, zajął się poszukiwaniem w plątaninie ciuchów swojej własnej bluzy, celowo się przy tym ociągając.
- James, nawet Dorcas szybciej kompletuje garderobę – powiedziała po dłuższej chwili, zniecierpliwiona.
A ten, jakby tylko na to czekał, błyskawicznie się ubrał i usiadł w takiej odległości od Lily, że nie mógł dostrzec piegów na jej nosie.
- Słucham.
Ale za chwilę przestał słuchać, bo zdał sobie sprawę, dlaczego ich nie widzi. Zaczął więc szukać okularów, podczas gdy Lilyann coraz bardziej ciągnęło w kierunku wyjścia. Poderwała się więc, nie zapominając o podarowanej czekoladzie i skierowała swe kroki ku drzwiom.
- Ja właściwie przyszłam tylko paktować z Syriuszem – mruknęła na wychodnym.
- Czemu za nią nie idziesz? – zapytał sam siebie, gdy już zniknęła. Zamiast tego rzucił się na łóżko.
- Idiota. Okulary – zaśmiał się sam do siebie. – No, po prostu baran!
Usiadł na łóżku, rozczochrał wciąż mokre włosy. W końcu poderwał się z łóżka, zbiegł cicho po schodach i wyjrzał do pokoju wspólnego.
- Tutaj jej nie ma – usłyszał głos Remusa. Siedział przy stoliku nieopodal. – Pomyślmy… jakbym był tobą, to wybrałbym się teraz na spacer – zasugerował.
- Dobrze – podchwycił James. – A jakbyś był mną, to gdzie szczególnie chciałbyś się udać?
- Stanowczo na błonia – roześmiał się, widząc, że James biegnie przez pokój boso. – I ubrałbym buty!
Chłopak przystanął, obejrzał szczegółowo swoje stopy i klepnął się w czoło. Zawrócił i z jeszcze większą prędkością wrócił do dormitorium.
Ubrał dwie pierwsze skarpetki, które zauważył, nie bacząc, że jedna była zielona, a druga czerwona. Założył buty i porwał z wieszaka kurtkę.
Chwilę później stał już u wielkich wrót zamku, rozglądając się bezradnie. Nie wziął ze sobą Mapy Huncwotów. Nie widział nigdzie Lily.
Było pięknie, tu, na zewnątrz. Śnieg cienką, lecz szczelną warstwą pokrył całe błonia, lśniące teraz oślepiająco w promieniach słońca, które na wschodzie przebijało się przez ołowiane chmury. Spojrzał pod nogi – widział wyraźne ślady, ścieżkę w tej jednolitej bieli. Poszedł więc wzdłuż niej, jednak trochę obok, nie chcąc niszczyć odbitych w puchu stóp. Wkrótce zaczął przyśpieszać bardziej i bardziej, aż w końcu jego marsz przerodził się w bieg. Dotarł nad samo zamarznięte jezioro, a ścieżka skręciła w prawo i podążyła jego brzegiem.
Stała nieruchomo, tyłem do niego, w miejscu gdzie Zakazany Las podchodził najbliżej jeziora, zostawiając jedynie małą spadzistą wysepkę przy brzegu. Długie, czarne gałęzie pochylały się nad nią - jak baldachim, który zazdrośnie nie pozwalał zachodzącemu słońcu zalśnić w jej płomiennych włosach. Ale wydawało się mu, że jej włosy nie potrzebują promieni słonecznych, bo w tym przygnębiającym półcieniu lśnią własnym, rdzawym światłem.
Wpatrywała się nie w jezioro, a w coś, co trzymała w rękach i wydawała się być tym czymś całkowicie pochłonięta. Kiedy podszedł bliżej, starając się to robić bezszelestnie, usłyszał muzykę. Grała pozytywka. Wydawała czyste, metaliczne dźwięki. I nagle melodia się urwała. Lily wyciągnęła z kieszeni płaszcza różdżkę, mruknęła „
Reparo”. Zabrzmiało znów parę taktów, ale po chwili wszystko umilkło.
A wtedy James wziął sprawy w swoje ręce. Przyjrzał się bryle lodu leżącej przy brzegu. Sięgnął po różdżkę i sprawnie przetransmutował ją w kryształową baletnicę rozmiarów ludzkich, która w chwilę potem stanęła na zamarzniętej tafli jeziora i ukłoniła się dziewczynie. Urzeczona Lily obserwowała to wszystko, nie myśląc by odnaleźć reżysera przedstawienia, podczas gdy James z kieszeni kurtki wyciągnął harmonijkę ( a była tam od zeszłej zimy) i zaczął grać jedyną umianą piosenkę. Była równie stara, co smutna. Bo była, jak mawiała mama Jamesa, opowieścią o nieistnieniu.
Kryształowa tancerka zaczęła lekko wirować na lodzie. Światło się w niej załamywało i rozbijało na tysiące barw.
- Dlaczego – zapytała Lily, przypatrując się jak tancerka przystaje i odgarnia szkliste włosy ze szklistego czoła a potem znów rusza do tańca. – grasz tak smutną melodię?
James przerwał grę. Wsunął instrument z powrotem do kieszeni, a tancerka zastygła bez ruchu.
- Muzyka mojej duszy, Słonko – odparł z ledwo wyczuwalną nutką ironii. – A tak naprawdę, to po prostu jedyna, jaką znam – westchnął.
Uśmiechnęła się mimowolnie.
- Dlaczego nie wzięłaś rękawiczek? – zapytał po chwili nieprzyjemnej ciszy, patrząc na jej zaczerwienione z zimna dłonie.
Schowała je głęboko w rękawach płaszcza
- A dlaczego ty nie wziąłeś?
- Bo jestem gruboskórnym draniem. Nie potrzebuję ich.
Nie wiedziała, na ile poważnie to mówił, lecz jego głos był pełen niepokojącego cynizmu. Na liście jego cech nigdy wcześniej nie figurowała skłonność do samokrytyki.
Znów to milczenie przepełnione słowami, które należałoby wypowiedzieć.
- Daj ręce.
- Po co? – zapytała.
Nie odpowiedział. Schował jej złożone dłonie w swoich i zaczął rozcierać.
- Cieplej?
Pokiwała głową.
- Słuchaj – zaczęli jednocześnie.
- Ty pierwsza.
Poczuła, że na twarz wpływa jej ten nieznośny, niechciany, młodzieńczy rumieniec. Przygryzła mocno wargę, bo słyszała, że to pomaga się go pozbyć. Ale James wydawał się nim zachwycony.
Ręce Lily, wcześniej skostniałe z zimna, teraz zdawały się palić, więc wyciągnęła je z uścisku chłopaka.
- Przepraszam. Za wszystko. Byłam niesprawiedliwa. I byłam tak okropnie… mściwa. I chwiejna. I gdybym była tobą i miałabym to znosić, to… to nie wiem co – zakończyła niezgrabnie.
- A ja wiem co. Przez miesiąc udawałabyś, że nie znasz żadnej Lily, ewentualnie przypominając sobie o jej istnieniu, kiedy trzeba się było motywować do robienia piekielnie trudnych zadań i w dodatku… nadprogramowych! – podkreślił, szczerze oburzony.
- Robiłeś zadania nadprogramowe?!
- A poza tym, za każdym razem, gdybyś Lily widziała, zmuszałabyś się do odwracania wzroku, chociaż tak bardzo by ci brakowało jej widoku. I wmawiałabyś sobie, że to wszystko minie. Żeby nie popaść w obłęd, popadłabyś w cynizm. Tak, ironia to bardzo dobry rodzaj samoobrony.
- Szło ci nieźle, James – przerwała mu. - Zwłaszcza ignorowanie mnie.
Mocny podmuch lodowatego wiatru rozwiał jej włosy. Nerwowym ruchem zebrała je i schowała pod kołnierz płaszcza. Spojrzała na niego hardo, oczekując bardziej przeprosin, niż wytłumaczenia.
- A dziwisz mi się? – zapytał on zamiast tego, niedokładnie maskując urazę w głosie.
- Oczywiście, że nie – odparła. – Staram się zrozumieć.
- Pytanie, czy mnie, czy siebie?
Widział, jak bije się z myślami, ale nie miał zamiaru jej pomagać.
- Nas, James.
- A zdziwisz się, jak powiem, że znam wytłumaczenie tego wszystkiego? – zapytał.
- Nie. Ale ciebie zdziwi to, że ja też – dodała z zagadkowym uśmiechem.
Wpatrywał się w nią wyczekująco.
- Kocham cię, Jamesie Potterze.
A on, jakby wzmianka „ja ciebie też” była oczywistą oczywistością, pocałował ją.
Wracali powoli, nie przejmując się zapadającym zmierzchem. Nie przejmując się właściwie niczym.
Zostawili za sobą lodową baletnicę, która wcześniej tańczyła tak, jak James jej zagrał. Ale Lily nie myślała teraz o niej.
by Paula
komentarze [25]
"Bo białe jest czarne"
niedziela, 7 października 2007
Potrzebuję miejsca, gdzie można bezpiecznie rzucić dziewczynę.
Potrzebuję miejsca, gdzie nie ma zbyt wiele niebezpiecznych przedmiotów.
Potrzebuję miejsca, gdzie rozstanę się z Dorcas bez uszczerbku na zdrowiu.
Korytarz był już zupełnie pusty. Niebo oblekło się w granat, lecz nie było na nim gwiazd.
Księżyc, tak przez Syriusza ukochany, tej nocy także nie chciał dotrzymać mu towarzystwa. Tchórzliwie schował się za gęstymi chmurami, nie chcąc najwyraźniej patrzyć na obalenie mitu o Syriuszu Blacku – czołowym uwodzicielu Hogwartu z mottem „W miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone”. Zewsząd otaczała go senność i uderzająca nijakość tego wieczoru. Wiatr nie huczał – ukrył się pewnie w Zakazanym Lesie, nie chcąc się wysilać. Świerszcze, nie mając widowni, która słuchałaby ich koncertu, nie grały.
Syriusz pomyślał, że to dobry znak - ten nieromantyczny klimat sprzyjał rozstaniom. Prawie w tym samym momencie stwierdził też, że denerwują go własne, egoistyczne myśli.
Gdyby nie był w pełni sprawny umysłowo lub, jak kto woli, gdyby jego mózg nie był tak ograniczony rzeczywistością, byłby przekonany, że wzdłuż ściany spaceruje nie jeden Gryfon, a dwóch takich panów.
Jeden z nich, Syriusz-Huncwot, mruczał pod nosem, chodząc tam i z powrotem. Czekał, aż w ścianie pojawią się drzwi do takiego pokoju, jakiego by sobie życzył.
Syriusz-Huncwot nie kwestionował słuszności podjętej przez siebie decyzji – bo niewątpliwie trzeba było z tym skończyć. Pytanie – dlaczego tego chciał?
Z powodu niezbyt szlachetnej potrzeby chronienia własnej skóry, a może i dla zagłuszenia własnego sumienia. Zdradził Dorcas! Zdradził całkowicie bezmyślnie i niepotrzebnie. Skrzywdził je obie - Dorcas i Darlene, choć może ta druga nie odczuła tego zbyt mocno.
Syriusz przeciął pięściami powietrze, jakby chciał znokautować własne myśli.
- Witaj, Syriuszu, czołowy dupku Hogwartu – powiedział z należną galanterią. – Prawdziwy zaszczyt mnie kopnął, że cię w końcu poznałem. Wiele przecież o tobie słyszałem.
Spojrzał na swój zegarek – jeszcze piętnaście minut, zanim się pojawi.
„Jeśli się pojawi” – powiedziało alter-ego Syriusza, opierając się o parapet.
Musiał wyglądać niezwykle demonicznie, stojąc z opuszczoną głową, tyłem do okna, podczas gdy nikła poświata bijąca z zewnątrz zarysowywała kontur jego sylwetki. Zupełnie jakby ktoś wyciął fragment widnokręgu i zostawił tam czarną dziurę.
Może to nie wyjścia prawdy na wierzch chłopak się bał? Było przecież też poczucie słuszności. I chora potrzeba zrobienia czegoś źle, tylko po to, żeby później było w porządku. To nie miało sensu - zrobić coś dla jej dobra, wiedząc przy tym, że jej to na dobre nie wyjdzie.
Znam prawdę, więc skłamię.
Pragnę cię, więc odrzucę.
I powiem, że nie kocham, bo kocham.
Tak właśnie myślał. Tego nie chciał z całego serca, lecz postanowił wprowadzić w życie. Nie mógł dłużej kazać jej siebie znosić. Dla wszystkich innych, patrzących a nie widzących, mógł być aroganckim megalomanem. Ale dla niej nie, nigdy więcej. Ona widziała go zbyt dobrze, przez te wszystkie miesiące wybielała go we własnych oczach.
Syriusz podniósł głowę. Nawet nie zauważył, że tuż przed nim zmaterializowały się drzwi.
Zerknął na Mapę Huncwotów. Ani Filch, ani jego kotka, nie byli zagrożeniem.
Przeciął więc korytarz, nacisnął na klamkę i wślizgnął się do pomieszczenia.
Zmrużył oczy, wcześniej przyzwyczajone do mroku, a teraz atakowane przez niesamowitą jasność. Rozejrzał się – pomieszczenie było przestronne, jednak prawie całkowicie puste.
Na środku stał dębowy stół długości, jak mu się wydawało, około pięciu metrów. Na przeciwległych sobie krańcach stały krzesła. Równie surowe i proste jak sam stół. Nie było tu nic więcej, może prócz nieznośnej ciszy.
Syriusz pomyślał, że to nie ułatwi sprawy. Będą tylko Dorcas i on, wraz z tym co ma do powiedzenia.
Rzucił ostatnie spojrzenie dwóm, tak odległym od siebie krzesłom. Wyszedł, zamykając za sobą cicho drzwi.
Poczeka na nią na zewnątrz.
- Jesteś – wyrwało mu się. – Myślałem, że… - zerknął odruchowo na zegarek. Było już wpół do dziesiątej.
Dorcas stanęła o cal przed nim, patrząc mu w oczy z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Nie było go stać na odwzajemnienie tego spojrzenia. Wycofał się bokiem, starając się w ogóle jej nie dotknąć.
Przeszedł parę razy wzdłuż ściany, a potem otworzył drzwi, dając jej do zrozumienia, by weszła.
Ją także oślepiło światło, zasłoniła oczy rękami. Później zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu z narastającym niepokojem. W końcu spojrzała na Syriusza z pytaniem wymalowanym na twarzy.
Omiótł ją wzrokiem – była dziś stanowczo zbyt piękna. Zbyt krótka spódnica odsłaniała zbyt zgrabne nogi, a włosy zbyt starannie ułożyła w fale.
Bez słowa ruszył w kierunku stołu i odsunął dla niej krzesło. Usiadła, wciąż bardzo zdezorientowana i trochę przytłoczona surowością pomieszczenia. Syriusz natomiast rzucił krótkie spojrzenie oddalonemu o parę metrów od niego krzesłu i pomyślał, że nie chce się tak izolować.
I gdy tylko ta myśl sformułowała się w jego głowie, obok niego pojawiło się kolejne krzesło. Postawił je tuż przy Dorcas, jednak tak, by mówiąc, nie musiał patrzeć jej w oczy.
- Syriusz, co to jest? – zapytała dziewczyna, zirytowana sytuacją: samym pokojem, a także zachowaniem swojego chłopaka.
Syriusz patrzył teraz tępo w ścianę.
- Muszę ci coś powiedzieć – powiedział cicho, ignorując jej pytanie. – Nie przerywaj mi przez chwilę, proszę.
Nie odrzekła nic, tylko wpatrywała się w jego profil, jakby chciała ściągnąć na siebie jego wzrok.
- To koniec, Dorcas. To nie może dłużej trwać.
- Syriusz…
- Nie jestem w stanie z tobą być – ciągnął uparcie. – I nie mogę dalej skazywać ciebie na moje towarzystwo.
- Towarzystwo? Towarzystwo? – powtórzyła ledwie poruszając ustami. – Przecież ja cię kocham.
Chłopak zamknął oczy, a jego dłonie samowolnie zacisnęły się w pięści pod stołem.
- W takim razie jesteś w tym sama – odrzekł, chociaż jego serce biło tak szybko, jakby chciało udowodnić, że jest zupełnie odwrotnie.
Między nimi nastała cisza trwająca parę minut, a wydawałoby się, że godzinę.
Wtedy ciałem Dorcas wstrząsnął niechciany, tłumiony szloch. Płakała, a on bał się jej łez, więc wciąż nie otwierał oczu.
Opanowała się szybciej, niż by się tego spodziewał. Po chwili była już na tyle spokojna, by czystym, ale przepełnionym goryczą i sarkazmem głosem zapytać:
- Syriusz Black znalazł już inny obiekt westchnień, lepiej prezentujący się u jego boku?
Podniósł na nią wzrok tylko po to, by utwierdzić ją w jej mylnym przekonaniu. A w głębi duszy krzyczał, by mu nie wierzyła.
- Darlene – rzuciła Dorcas po chwili, nie oczekując już odpowiedzi. Podniosła się z krzesła.
- Może lepiej cię odprowadzę? Już po ciszy nocnej – zapytał, także wstając.
Jeden kpiący uśmiech Dorcas wyraził wszystko, co miała w tej sprawie do powiedzenia.
Po chwili wpatrywał się już, jak drzwi się za nią zamykają.
***
Dorcas szła przez ciemny, opustoszały zamek, śledzona wzrokiem portretów ze ścian. Ściągnęła buty, żeby echo jej kroków nie rozchodziło się po korytarzach. Parę razy obróciła się w nadziei lub obawie, że Syriusz za nią idzie.
I rzeczywiście tak było, jednak ona nie mogła go zauważyć skrytego pod peleryną.
Zanim minęła ostatni węgieł dzielący ją od Wieży Gryffindoru, wyjrzała za niego przezornie. Nikogo tam nie było. Przeszła na palcach przez pokój wspólny, później wspięła się po schodkach.
Pozwoliła płynąc łzom dopiero, gdy znalazła się w swoim dormitorium.
- Dorcas – szepnęła Lily, podnosząc się na poduszkach. Odrzuciła kołdrę i podbiegła do przyjaciółki. – Kochana, co się dzieje? – zapytała ciepłym głosem, obejmując roztrzęsioną brunetkę ramieniem.
- Bo on…
***
- Zerwałem.
- Zerwałeś? - zapytał ostro James, przerywając pakowanie torby.
Był ranek następnego dnia. Widok za oknem przysłonięty był przez gęstą jak mleko mgłę.
Syriusz, zapinający wcześniej koszulę, opadł na łóżko zrezygnowany. Remus wychylił się zza drzwi łazienki ze zmarszczonymi brwiami.
- Przecież to bez sensu, Syriuszu – stwierdził. – Jeśli ją kochasz…
- Wybacz, ale nie jesteś chyba osobą, która mogłaby mi w tej dziedzinie udzielać rad.
Remus spojrzał przelotnie na dwie opróżnione butelki Ognistej Whisky, leżące pod łóżkiem Syriusza, potem na niego samego. Po chwili uśmiechnął się krzywo i wrócił do swoich zajęć.
- O co mu chodzi? – zapytał rozdrażnionym tonem Black, wskazując głową na drzwi łazienki.
- Lunatykowi? Naprawdę nie mam pojęcia – odpowiedział ironicznie James.
Nie zapomniał o ich wczorajszej kłótni i choć starał się nie żywić do niego urazy za tak brutalne potraktowanie Lily, od wczoraj nie mógł się powstrzymać od złośliwych uwag.
- No dalej, powiedz mi jakim jestem dupkiem, powiedz!
- Ale ty to wiesz, Łapo. No, to co jej powiedziałeś? Że nie jest ciebie warta?
- To ja – odparł po chwili, bardziej do siebie, niż do Rogacza. – nie jestem wart jej.
- Rzecz w tym, że to jej z pewnością nie przekonało.
Ku zaskoczeniu Jamesa, Syriusz roześmiał się.
- Właściwie, to bardzo mi pomogła. Musiałem tylko przytaknąć.
- Nie łapię – odpowiedział, zarzucając torbę na ramię. Nie miał ochoty ciągnąc tego tematu. – Peter, gotowy?
- Już, już. Zaraz zejdę. Nie czekajcie na mnie – mruknął chłopak, nie odrywając pióra od pergaminu, który zapisywał w pośpiechu, co chwila stawiając kleksy i usuwając je za pomocą różdżki.
- Nie mogłeś tego napisać wczoraj? – zapytał zniecierpliwiony James. Nie wiedzieć czemu bardzo się śpieszył. – Przecież dawałem ci swój pergamin.
Peter odburknął coś niezrozumiałego.
- Remus, wyłaź, idziemy na śniadanie! – krzyknął brunet, waląc w drzwi łazienkowe.
- Ja nie jestem głodny, możecie iść sami! – odkrzyknął Lupin.
James spojrzał wymownie na Syriusza, który uśmiechnął się lekko pod nosem.
Ten pierwszy bez wahania i bez poszanowania prywatności przyjaciela, wtargnął do łazienki.
- Chyba nie tchórzysz? – zapytał Rogacz, opierając się o framugę drzwi.
- To nie tchórzostwo – zaparł się Remus. – Nie będę męczył dziewczyn swoim towarzystwem, na pewno nie chcą mnie teraz widzieć.
- Kolego – odparł beztrosko brunet – To nie ty jesteś dziś wrogiem publicznym numer jeden.
Mówiąc to, wskazał na Syriusza. Black rzucił im obu niezbyt przyjemne spojrzenie i wyszedł.
- Chodź, bez dyskusji – uciął James, puszczając mimo uszu trzaśnięcie drzwiami przez Łapę.
***
Lily naprawdę nie chciała, aby Remus pomyślał, że od niego uciekają. To nie z jego powodu siadły dziś na drugim końcu stołu. To nie przez niego też Dorcas przepłakała całą noc.
Więc kiedy Rudowłosa przechodziła obok Huncwotów uśmiechnęła się do Lupina szeroko. Ot, tak, żeby nie miał ku temu żadnych wątpliwości.
James jednak nie został tak wyróżniony – temu chciała dać wyraźnie do zrozumienia, żeby się do niej przez jakiś czas nie zbliżał.
Zrozumiał, co nie znaczy, że zaakceptował.
- Dorcas, zjedz coś – prosiła po raz kolejny Ann, podsuwając dziewczynie tosta pod nos.
- Nie.
- Myślisz, że osiągniesz coś przez głodówkę? – zapytała Lily, kładąc jej na talerzu kawałek ciasta drożdżowego. Dorcas odsunęła od siebie jedzenie.
- A jeśli nawet, to co? – odparła buntowniczo. – To się czasem sprawdza.
- Strajk? Twierdzisz, że jak przestaniesz jeść, to on do ciebie wróci? – mruknęła Lily, rezygnując z próby nakarmienia przyjaciółki.
- Dorcas – odezwała się Ann – Jeszcze wszystko się ułoży, zobaczysz.
Teraz obie, Lily i Dorcas, spojrzały na blondynkę z powątpiewaniem.
- Nie sądzę – stwierdziła sucho Lily. Nawet nie starała się ukryć, że patrzy na Syriusza nie tylko przez pryzmat jego byłego związku z Dorcas, ale także jego wczorajszego zachowania wobec niej samej. – Po prostu weź się w garść. On nie musi wiedzieć, że tak cię to zabolało.
- Musi. Skoro nie czuje do mnie nic, to teraz niech przynajmniej poczuje wyrzuty sumienia.
Lily spojrzała na nią tak, jakby jej było żal dziewczyny.
- Dobrze, masz rację. Najlepiej pogrąż się w żałobie. I płacz tak głośno, żeby cię usłyszało całe Hogsmeade.
- Lily! – szepnęła Ann, patrząc na nią wymownie zza szkieł swoich okularów.
- No co? – odparowała Rudowłosa i w pośpiechu wypiła swój sok dyniowy.
- Trochę… delikatniej.
Ale ta, zamiast odpowiedzieć Ann, zwróciła się do Dorcas:
- Chcesz, żebym cię okłamywała, kochana?
- Co?
Brunetka spojrzała na nią nieprzytomnie.
Po chwili jednak znów zapomniała o przyjaciółkach i pogrążyła się w myślach. Lily skomentowała to teatralnym westchnieniem.
- Poczta – mruknęła po chwili, patrząc na nadlatującą chmarę sów.
- Co? – zapytała znów Dorcas. Tym razem ją zignorowały.
Na tobołek Lily lekko opadł list. Spojrzała na adres.
- To od rodziców – mruknęła.
Chwyciła za róg koperty i już miała ją rozedrzeć, kiedy Ann, lekko spanikowana, stwierdziła:
- Za pięć minut mamy Eliksiry.
Lily pośpiesznie zebrała ze stołu notatki, które podczas śniadania przeglądała. Razem z listem wrzuciła je do torby.
***
Profesor Slughorn rozejrzał się uważnie po sali, zatrzymując dłużej wzrok na swojej rudowłosej ulubienicy, która teraz z lekkim uśmiechem satysfakcji mieszała w swoim kociołku. Sięgnął ostatni raz po plasterek kandyzowanego ananasa i schował puszkę do szuflady.
- Dobrze, rozlejcie swoje eliksiry do podpisanych fiolek i zostawcie na moim biurku, dzieci.
Parę minut później Mistrz Eliksirów przyglądał się uczniom opuszczającym lochy. Kiedy dostrzegł Lily, wywołał ją po imieniu i zachęcił gestem, by podeszła.
Zrobiła to, wyraźnie się ciągając. Jej mina wskazywała, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co za chwilę nastąpi. Szukała w głowie odpowiednio wiarygodnej wymówki, kiedy profesor zapytał przymilnie:
- Lily, czy miałabyś coś przeciwko, gdybym zaprosił cię dziś wieczorem na herbatkę?
- Obawiam się, że… - zaczęła Lily takim tonem, jakby naprawdę ją to martwiło, ale staruszek przerwał jej głosem jeszcze słodszym, niż poprzednio:
- Chyba mi tym razem nie odmówisz, Lilyann?
- Ale ja mam na dziś plany, panie profesorze. Jestem… jestem umówiona – zmyśliła na poczekaniu.
- Umówiona? – powtórzył Slughorn, zabawnie unosząc jedną brew.
- Tak, panie profesorze, ze mną – odezwał się ktoś stojący za Lily. Dziewczynie coś ciężkiego podskoczyło w żołądku. Odwróciła głowę w drugą stronę, starając się ukryć rumieńce. Chwilę później zza jej pleców wyłonił się James. Sprawiał wrażenie niezmiernie zadowolonego, że wprawił dziewczynę w takie zakłopotanie.
Slughorn zachichotał cicho, spoglądając na dwójkę Gryfonów.
- Naprawdę, Lily? – pozwolił sobie zapytać, nie mogąc chyba uwierzyć Potterowi na słowo.
Niechętnie pokiwała głową, marszcząc się przy tym śmiesznie.
- Nie żyjesz, James. Już cię nie ma – mruczała pod nosem, wychodząc z chłopakiem z lochów. Ten, nie przestając się szczerzyć i wesoło podrygiwać, odparł:
- Oczekiwałem, że okażesz odrobinę wdzięczności za to, że uratowałem cię przed Slughornem.
Prychnęła w odpowiedzi.
- Dzięki wielkie. Oddaj – zażądała, wyciągając rękę w kierunku własnej torby wiszącej na ramieniu chłopaka.
- Daj spokój, mogę ją ponieść.
- Oddawaj, Potter.
Spojrzał na nią, nie kryjąc rozbawiania. Poprawił torbę na swoim ramieniu.
- Nie złość się już, Liluś. Chciałem tylko być wiarygodny.
- Wiarygodny?! – powtórzyła, omal nie potykając się o własne nogi, kiedy szła. – To ci wyszło znakomicie! Cała szkoła znów będzie plotkować! Pewnie właśnie o to ci chodziło, co?!
James przestał się uśmiechać.
- No tak, to najgorsze co cię może spotkać. Że ty i ja… - zatrzymał się i spojrzał na nią tak, jakby jej wcale nie znał. – Jeżeli chcesz iść na herbatkę ze Ślimakiem i Smarkerusem, to jeszcze możesz zawrócić.
- Och, masz rację – odpowiedziała trochę histerycznym tonem Lily. – Pójdę. Bardzo chętnie zobaczę się z Severusem.
James wyglądał tak, jakby właśnie uderzyła go w twarz. Nie zareagował, kiedy odebrała mu torbę i ruszyła w przeciwnym kierunku, do gabinetu Slughorna.
Lily zatrzymała się tam, gdzie już nie była dla niego widoczna. Kiedy ochłonęła, wyjrzała na korytarz, na którym chwilę wcześniej stał chłopak, a teraz nie było nikogo. Zawróciła znów – była solidnie spóźniona na transmutację. Na wpół idąc, na wpół biegnąc, udała się do klasy, pokonując drogę całkowicie automatycznie, jakby poruszając się po torze. Niechciane myśli i wyrzuty kotłowały się w jej głowie. Świadomie go sprowokowała. Znała go, doskonale wiedziała, że wspomnienie o ich przelotnym związku zaboli go do żywego, a jednak brnęła dalej.
Nie, żeby żałowała jakichś swoich minionych decyzji… nie przejęła się też przecież Potterem! Co to, to nie. Ale utraciła nad sobą kontrolę.
Szarpnęła klamkę do drzwi o wiele mocniej, niż zamierzała. Kiedy wchodziła, wszystkie twarze zwrócone były ku niej.
Profesor McGonagall przerzuciła swoje surowe spojrzenie z uczniów na zaczerwienioną Lily.
- Evans, liczę, że podasz mi jakiś dobry powód swojego spóźnienia, nim odejmę Gryfonom punkty.
- Przepraszam, pani profesor – odpowiedziała cicho dziewczyna.
- Tylko tyle? – zapytała McGonagall, ściągając brwi w zdumiewająco prostą linię.
Lily rozejrzała się po klasie w poszukiwaniu rozczochranej, czarnej czupryny. Wydawało się, że Jamesa niewiele obchodzi ta sytuacja – siedział rozparty na krześle i gryzmolił coś na skrawku pergaminu.
- Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru. Siadaj na miejscu.
***
Kochana Lily
Naprawdę chcielibyśmy móc Cię zapewnić, że u nas wszystko w porządku. Pochwalić się nowym radiem albo po prostu powiedzieć, że jesteśmy spokojni, szczęśliwi. Sama dobrze wiesz, że tak nie jest. Źle się dzieje.
Wiemy, że Wy „tam”, przeżywacie podobny, a może większy koszmar. Ale niepewność, strach, donosy o kolejnych zamachach i morderstwach to teraz także nasz chleb codzienny. Ojciec nie ogląda już wiadomości. Mówi, że najlepszym lekarstwem na to wszystko jest niewiedza. Ale to zewsząd nas otacza, rozumiesz? Nie da się po prostu zamknąć oczu.
Mówisz, że masz wytłumaczenie. Ten Lord, jakkolwiek go zwiesz… Czy to możliwe, by jeden człowiek czynił tyle zła, żeby MIAŁ w sobie tyle zła? Najgorsze jest to, że nie potrafimy uwierzyć w Twoje słowa – że to minie. Pamiętasz naszą sąsiadkę, Alison? Cała jej rodzina i ona sama – zginęli w okolicznościach, które jak podejrzewamy, nigdy nie będą przez policję wyjaśnione. Nie ma nawet poszlak.
Wyjeżdżamy. Na parę miesięcy zaszyjemy się u Twojej ciotki, w wiosce pod Belfastem. Irlandia Północna nie jest teraz najbezpieczniejszym miejscem, ale chyba wszędzie będzie lepiej, niż w Anglii.
Lily, pisz częściej. Z wyrazami miłości
Rodzice i Petunia
- To jest… to…
- Co się dzieje, Lily? – zapytała Dorcas, podnosząc głowę znad Księgi Zaklęć.
- Oni są… zabili dla sportu mugolską rodzinę. Znałam ich, oni nie zasługiwali…
- Nikt nie zasługuje – odezwał się Remus.
Wcześniej nie zauważyły, że siedział przy sąsiednim stoliku, zagrzebany w księgach i arkuszach.
Dorcas wykonała jakiś dziwny, nerwowy gest. Żeby go zatuszować, podała Lily kawałek pergaminu i powiedziała:
- Odpisz od razu, będą spokojniejsi.
Lily wzięła od niej pergamin i zawiesiła nad nim pióro, starając się sformułować w głowie jakieś pokrzepiające zdania. Nie mogła jednak nic wymyślić.
- Lily, to naprawdę kiedyś się skończy, jeśli tylko się nie poddamy – powiedział Lupin, widząc jej bezsilność. – Wierzysz w to?
Pokiwała głową, a pojedyncza łza skapnęła na list.
I napisała rodzicom właśnie to, co jej powiedział, starając się wykaligrafowanymi słowami przekonać samą siebie.
by Paula
komentarze [22]
"Kudłate eskapady Huncwotów"
piątek, 31 sierpnia 2007
Ekhem. Notkę zbetowała Murkus, za co jej cześć i chwała. Chociaż podobno sprawia jej przyjemność wytykanie błędów, to jednak za te trzy nocne godziny, spędzone ze mną na GG, należą się jej podziekowania.
Jak również za ten dzień, w którym notka została spłodzona - za kopanie w Sama-Wiesz-Co i rzucanie Sama-Wiesz-Czym. I nie będę ciągnąc tego wątku, bo może właśnie jesz coś dobrego :)
Zapraszam wszystkich do lektury.
Paula
***
Huncwoci siedzieli w ciszy już od paru minut, czekając na Lily i na swoją spowiedź.
Nie można powiedzieć, że było to miłe oczekiwanie, bo zapewne gdyby mieli taką możliwość, to uniknęliby tej rozmowy. Nie, nie lubili dzielić się swoimi tajemnicami.
Zwłaszcza, gdy zmuszała ich do tego sytuacja. Zmuszała do przyznania się, że nawet jeśli starają się stwarzać takie pozory, nie zawsze nad wszystkim panują.
Znali Lily na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że zechce to od nich usłyszeć.
- Widzę, że sama zadecydowała, by rozszerzyć nasz krąg zaufania… - wycedził Syriusz do Remusa.
Ten jednak nie zwrócił na niego większej uwagi. Drzwi dormitorium otworzyły się powoli, stanęły w nich trzy dziewczyny. Lunatyk przywitał je uśmiechem.
Dorcas i Lily odpowiedziały mu tym samym. Rudowłosa sprawiała jednak wrażenie, jakby zmuszała do tego własne usta. Ann unikała jego spojrzenia. To wszystko sprawiło, że uśmiech powoli spełzł z ust Lupina.
Dorcas natomiast, nie wyczuwając chyba gęstej atmosfery, ruszyła w kierunku Syriusza. Chłopak poderwał się nienaturalnie gwałtownie z miejsca, udając że jej nie zauważył, co nie umknęło uwadze brunetki. Rzuciła mu pełne wyrzutu spojrzenie i z obrażoną miną patrzyła, jak wybranek jej serca zbliża się do Lily.
Syriusz, wyraźnie zdenerwowany chwycił Rudowłosą ją za łokieć i zaciągnął w najodleglejszy kąt pokoju.
James, który do tej pory tylko przyglądał się całemu zajściu ze swojego łóżka, drgnął niebezpiecznie.
Lily wyszarpnęła rękę z uścisku Blacka.
- Co ty sobie myślisz, co?! – warknęła oburzona i czerwona od brody po cebulki włosów.
Syriusz uśmiechnął się pod nosem i przybliżył się do niej znacznie.
- Co sobie myślę? – powtórzył szeptem. – Ano, na przykład to, za kogo ty się masz…
- Nie rozumiem, o co ci chodzi – odpowiedziała powoli, zadzierając głowę do góry, żeby móc spojrzeć mu w oczy, bo była od niego znacznie niższa. Mocna postura Blacka, w połączeniu z pretensją w jego głosie, trochę ją przytłaczała, ale za nic nie chciała tego okazać.
- To może ci to ułatwię – warknął. – Myślisz, Evans, że do ciebie należy decyzja o tym, kto się dowie? Bo w innym wypadku, do jasnej cholery – chłopak podniósł głos jeszcze bardziej, - nie sprowadziłabyś ich tutaj, czyż nie?!
Syriusz chwycił Lily mocno za podbródek i skierował jej twarz ku Ann i Dorcas.
Szmaragdowe oczy Rudowłosej zalśniły od długo powstrzymywanych łez.
Dla Jamesa to było już stanowczo za wiele. Poderwał się z łóżka i podbiegł do Blacka, bynajmniej nie w dyplomatycznych celach.
Przestraszony Peter postanowił usunąć się z pola rażenia, bo trudno mu było stwierdzić, który z panów jest teraz bardziej wściekły. Mógł jednak przewidzieć, do czego doprowadzi starcie się tych dwóch ognistych temperamentów – James odciągnął Syriusza od Lily i przyparł go do ściany. Jedną rękę zacisnął mocno na jego koszuli, drugą wyciągnął różdżkę z kieszeni.
Być może pozostali byli tak oszołomieni, że po prostu przyglądali się, jak Potter mierzy do swojego najlepszego przyjaciela, oddychając ciężko. A może stwierdzili, że wybuch po prostu musiał nastąpić.
- Wyjaśnijmy sobie jedną sprawę, ok? – szepnął James, puszczając jego koszulę i odsuwając się trochę od niego. Nie opuścił jednak różdżki.
- Nie będę z tobą niczego wyjaśniał, dopóki nie przestaniesz do mnie mierzyć, idioto – odrzekł Syriusz, wpatrując się w koniec różdżki wycelowanej w jego pierś. Nie bał się, dobrze wiedział, że Rogacz nie zrobi z niej użytku. Stał jednak nie po tym jej końcu, po którym by chciał.
Na twarz Jamesa wpłynął wymuszony, cwaniacki uśmieszek. Schował różdżkę, nie spuszczając wzroku z Łapy.
- Black… James… przestańcie, błagam. Nie musimy tego tak… - zaczęła Lily, ale zrezygnowała w pół zdania.
- Przeproś ją.
- Słucham? – Syriusz parsknął śmiechem – Ja ją?
- Tak, ją. Przeproś. TERAZ – warknął James.
- To ona powinna przeprosić nas. Nie ma prawa decydować za wszystkich.
- Ty też nie, Syriuszu – wtrącił spokojnie Remus.
Brunet spojrzał krótko po wszystkich obecnych. Stracił trochę ze swojej pewności siebie. Przejechał dłonią po twarzy i opadł na swoje łóżko, przybierając przy tym najbardziej nonszalancką pozę, jakiej się wyuczył.
Potter jednak wciąż nie uważał sprawy za skończoną.
- Mówiłem, żebyś ją przeprosił – powtórzył po raz kolejny.
- James, znowu to robisz – wtrąciła się Lily, karcąc go już samym spojrzeniem.
Obrócił się w jej kierunku.
- Że co znowu robię? Znowu próbuję cię bronić, tak? – zapytał, tonem zupełnie różnym od tego, którym zwracał się do Syriusza. Ciepłym, ale z nutką zawodu w głosie.
- Nie, znowu zachowujesz się jak zarozumiały półgłówek. Tylko zarost masz bardziej widoczny niż dwa lata temu.
Peter zachichotał pod nosem. James zmiażdżył go wzrokiem.
- Dobra, koniec przedstawienia – westchnął po chwili i rzucił się na swoje łóżko z takim impetem, że sprężyny jęknęły.
Lilyann uśmiechnęła się pod nosem, co nie umknęło uwadze chłopaka. Poklepał miejsce obok siebie, żeby usiadła.
- Postanowiłaś teraz pełnić dla mnie rolę… Jak to się mówi… „kubła zimnej wody”? – zapytał cicho.
- Czemu nie – odparła. – teraz przynajmniej warto. Kiedyś to była walka z wiatrakami.
- Z czym walka?
- Nieważne – ucięła, bo Syriusz znów zrobił się nadpobudliwy. Wstał z łóżka i stanął, oparty o ścianę, naprzeciwko Lily. Zaczął ją świdrować swoimi stalowymi oczami, jakby chcąc utwierdzić ją w przekonaniu, że dalej myśli o niej to samo, co przed chwilą.
A może nawet jeszcze gorzej, bo przecież nie dane mu było dokończyć.
Lily przygryzła dolną wargę, żeby nie wybuchnąć. Nie wiedziała, co się z nim, u licha, dzieje. Ale chyba nawet nie miała ochoty go tłumaczyć.
- To może będzie łatwiej, jak nam powiesz, co wiesz, Lily? – zapytał po chwili brunet przesadnie uprzejmie, co chwila zerkając na Jamesa w niemym zapytaniu: „I co, ładnie się odnoszę do twojej kobietki? Pasuje?”.
- Może będzie łatwiej, jeżeli porzucisz ten słodki ton, bo nie mogę się dopatrzeć sensu twoich słów pod tonami cukru – odparowała.
Wiedziała, że zachowuje się infantylnie. I chyba sprawiało jej to jakąś pokręconą satysfakcję.
Syriusz posłał Jamesowi kpiący uśmieszek pod tytułem:
oto cała prawda o twojej krystalicznej Lily Evans.
- Lily, czy jest szansa, że będziesz w stanie normalnie ze mną porozmawiać? – zapytał z nadzieją Remus.
Teraz poczuła się naprawdę głupio. Pokiwała głową w odpowiedzi.
- Cieszę się – nie, w stwierdzeniu Remusa nie było ironii. Naprawdę się cieszył.
Chociaż ona jedna zdawała sobie sprawę, że to on powinien być dzisiaj gwiazdą wieczoru - pomyślał. Nie, Remusie, swój limit cynizmu wyczerpałeś dziś rano – skarcił sam siebie w duchu. Chłopak odchrząknął głośno.
Wszyscy zwrócili głowy w jego kierunku… Tak, Ann też na niego patrzyła. Tylko co było w jej oczach? Odważył się zajrzeć w nie głębiej, by zobaczyć, czy czai się w nich strach. Nie, to raczej dystans. Albo bardzo silna chęć opanowania się. Teraz Ann nerwowo odrzuciła opadające na twarz włosy i odwróciła się w kierunku Dorcas. Brunetka stanęła naprzeciwko swojego chłopaka:
- Co się dzieje, Syriusz?
- O co ci chodzi? – odpowiedział pytaniem.
- Wcześniej jakoś nie rzucałeś się na ludzi.
- Ty nic nie rozumiesz – bąknął.
- To mi wytłumacz.
James ze zmarszczonym czołem przerzucał wzrok z Łapy na jego dziewczynę i z powrotem.
Lily i Remus byli widocznie zniecierpliwieni.
- Myślisz, że takie to proste, nie?
- Tak, to jest proste, Syriusz – zamilkła na chwilę. – Ty masz inną, po prostu to powiedz.
- Co?! Nie! – krzyknął kompletnie zaskoczony jej stwierdzeniem, ostatkiem sił zachowując powagę.
Ann uśmiechnęła się lekko, sytuacja była absurdalna. Peter popatrzył w sufit, a później zauważył:
- Dorcas, to nie jest najodpowiedniejszy moment…
- Och, nie wtrącaj się, Pettigrew! – warknęła brunetka, nawet na niego nie patrząc. – A ty zachowałbyś resztki…
- Nie rób scen, do cholery – powiedział mocno zirytowany Syriusz. - Nie, nie mam innej, a ty zachowujesz się jak…
- Zachowuję się lepiej od ciebie – przerwała mu.
- Tak bardzo chcesz znać powód? – chłopak puścił mimo uszu uwagę Dorcas. - Proszę bardzo. Powinnaś wiedzieć, że Re…
Urwał. Spojrzał na Remusa zbulwersowany, poruszając bezgłośnie ustami.
- Przepraszam, Syriuszu – odparł tamten, tocząc różdżkę między dłońmi. James wyszczerzył do niego zęby, pełen uznania. Remus także trochę się rozchmurzył.
- JA będę mówił, dobrze? – zapytał po chwili, kiedy Łapa wyszedł z szoku.
Syriusz pokiwał głową, więc Remus cofnął zaklęcie. Spodziewał się wiązanki niezbyt przychylnych epitetów, ale niczego takiego nie usłyszał.
Syriusz zachował milczenie. I chociaż rzadko mu się to zdarzało, wiedział, że przesadził. Spojrzał znacząco na Lupina, co było chyba skompresowaną wersją przeprosin.
- Więc słuchamy – oznajmiła Dorcas. Trochę jej było wstyd za tę scenę, bardziej jednak pragnęła znaleźć jakikolwiek dowód tego, że jej obawy są bezpodstawne…
- Tak… - Remus uśmiechnął się nerwowo. Znów odchrząknął.
Poluzował krawat, dotychczas sadystycznie zaciśnięty na jego szyi. Nie pomogło. Ostatecznie całkowicie go ściągnął, żeby kupić sobie trochę czasu.
Raz, dwa, trzy… dobra, teraz to już powinien coś powiedzieć. Huncwoci patrzą na niego wyczekująco, gotowi go wesprzeć, gdy tylko da znak, a dziewczyny… cóż – w tym wypadku trudniej określić, na co są gotowe, a na co nie…
Lily wygląda blado, ale przygląda mu się oczami bez wyrazu. Ona czeka na uzupełnienie układanki, którą stworzyła sobie w głowie. Może ma nadzieję, że on ją zburzy, że wszystkiemu zaprzeczy. Może pragnie dla niego, żeby to nie było prawdą, ale nie chce go swoimi myślami dobijać.
Dorcas stara się brak wiedzy nadrobić uśmiechem.
A Ann? Ann panicznie unika jego spojrzenia. Nie, nie będzie jej przecież opisywał, bo wtedy musiałby uświadomić sobie, co ona o nim myśli. Na Merlina, jak on teraz nie chciał tego wiedzieć…
Dobra, Remusie Lupinie. Teraz MUSISZ coś powiedzieć, bo z każdą chwilą przyglądają ci się bardziej intensywnie.
Remus wstał, chcąc dodać sobie pewności siebie.
Oparł się o kolumnę swojego łóżka, wziął głęboki oddech i wyrzucił z siebie:
-
Jestem wilkołakiem.
Tylko reakcja Dorcas odpowiadała wcześniejszym wizjom Lunatyka. Wytrzeszczyła na niego oczy, uśmiechając się przy tym, jakby wszyscy ją wkręcali, a ona chciała być sprytniejsza i powiedzieć: „Ha! Nie dam się nabrać!”. Po chwili, gdy nikt się jednak nie roześmiał, spróbowała pozbyć się dziwnego wyrazu twarzy, co wyszło jej raczej marnie, bo pozostało na niej i zdezorientowanie, i zakłopotanie.
Twarze innych nie zmieniły się zbytnio. Lily wciąż wpatrywała się w niego swoimi kojąco zielonymi oczami. Wydawało mu się, że nawet uśmiechnęła się lekko, chcąc dodać mu otuchy.
Ann tylko uniosła trochę lewy kącik ust. Być może był to uśmiech dobrze skrywanej satysfakcji z tego, że w końcu usłyszała to, o czym w ciągu dzisiejszego dnia myślała stukrotnie. A może to była tylko jego paranoja.
- I… m-myślę, że powinnyście wiedzieć wszystko.
Usiadł z powrotem na podłodze.
- Przed Hogwartem jest Wierzba Bijąca. I bynajmniej nie rośnie tam, tylko po to, by uprzykrzać nam życie. Rośnie tam, żebym to ja nie uprzykrzał życia innym. A przynajmniej tak miało być w teorii – James błysnął zębami. Chyba uznał, że w obliczu tej podniosłej chwili zachichotać nie wypada.
- Ale wracając na główny tor – kontynuował Remus. – Wierzbę zasadzono tu, by uniemożliwić uczniom wejście do pewnego tunelu. Tunel prowadzi do domu na obrzeżach Hogsmeade. I chyba nie musze wspominać, że to nie duchy tam straszą? Początkowo spędzałem we Wrzeszczącej Chacie każdą pełnię, prowadzony tam wcześniej przez pielęgniarkę. To dzięki temu mogłem się uczyć – podczas mojej niepoczytalności byłem odizolowany od ludzi. Wcześniej nie chciano przyjąć mnie do żadnej szkoły, nie było dyrektora, który podjąłby się kształcenia wilkołaka. Ale pojawił się Dumbledore, powiedział, że nie widzi przeszkód, bym chodził do Hogwartu, jeżeli zachowa się odpowiednie środki ostrożności.
Remus zamilkł na chwilę, zastanawiając się, co dalej powiedzieć. Zerknął ukradkiem na Ann.
Zauważyła to, ich spojrzenia spotkały się.
„Powiedz coś, cokolwiek, Lunatyku” – myślał, ale wciąż robił to samo.
- Remus?
- Tak, Lily? – ocknął się.
- To chyba nie wszystko, co chciałeś powiedzieć?
- Nie. Nie, to znaczy najpierw chciałem Cię zapytać, jak się domyśliłaś…
- Tabele księżycowe. Zauważyłam, że pełnie pokrywają się z twoimi podkrążonymi oczami.
- Proszę?
- Co jakiś czas opuszczałeś jeden dzień lekcji. Parę dni wcześniej byłeś osłabiony, parę dni później to samo. Wiadomo, że to było za mało. Ale wczoraj, tuż przed pełnią, zobaczyłam, jak ktoś szedł przez błonia. Podejrzewam, że to byłeś ty. Bo byłeś, prawda?
- Nie musisz pytać, przecież dobrze o tym wiesz – odpowiedział.
- To wiem. Nie wiem, co oni – wskazała na resztę Huncwotów, dłużej zatrzymując spojrzenie na Jamesie, – mają z tym wspólnego.
Lunatyk westchnął ciężko.
- Lunio – odezwał się James, jakby czytając mu w myślach, – rozmawialiśmy już o tym, pamiętasz?
Nie odpowiedział, nie chciało mu się kolejny raz powtarzać swoich racji. Zamiast tego zwrócił się do Lily:
- Dowiedzieli się podobnie jak ty. Poza tym, po jakimś czasie historyjka o chorej matce, do której muszę jeździć, przestała do nich przemawiać. To była chyba trzecia klasa.
- No, dobrze. Nawet jeśli od dawna wiedzą, że jesteś... tym, kim jesteś…
-
Wilkołakiem, Lily.
- Tak, wilkołakiem… To chyba nie są aż tak głupi, żeby spotykać się z tobą podczas przemiany? – zmierzyła Huncwotów takim spojrzeniem, jakiego nie powstydziłaby się nawet McGonagall.
Trochę się zmieszali.
- Lily, prawdę mówiąc – mruknął James, – to tak właśnie jest – dokończył cicho.
Lily nic nie odpowiedziała. Ann natomiast spojrzała z wyrzutem na Remusa.
„Tak, Ann, ja też nie wiem, jak mogłem na to pozwolić” – pomyślał wtedy.
- Ale, Liluś, to nie tak! – zaprzeczył szybko Rogacz. - To znaczy tak, ale…
- Och, zamknij się, James – fuknęła Dorcas, bo jego mętne tłumaczenia tylko zaostrzały jej gniew. „Przecież to było tak bezmyślne, beznadziejnie nieodpowiedzialne, żeby po prostu chodzić na spacerki z…no właśnie, z Remusem?”
- Lily…
Dziewczyna odwróciła głowę w drugą stronę.
- Lily, posłuchaj mnie, proszę.
- Remus nie mógł zrobić nam krzywdy, bo my nie byliśmy wtedy ludźmi, rozumiesz? – powiedział Peter, który poczuł silną potrzebę usprawiedliwienia się.
- Co to ma znaczyć? – zapytała Dorcas Syriusza, marszcząc czoło. Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie byliście ludźmi, tak? Kim w takim razie? – Lily odwróciła się gwałtownie w kierunku Jamesa. – Zwierzętami?
Chłopak uśmiechnął się lekko.
- James, chyba nie chcesz przez to powiedzieć, że… - urwała w pół zdania. Spojrzała po pozostałych Huncwotach, lecz od żadnego nie doczekała się reakcji. – Nie wierzę – stwierdziła.
- Chyba nas nie doceniasz – stwierdził Syriusz z dumą.
- Musielibyście być niezarejestrowanymi animagami. W innym wypadku wiedziałybyśmy o wszystkim - stwierdziła Ann.
- Tak właśnie jest.
- Nie wierzę – powtórzyła cicho Lily. – To wymaga ogromnych umiejętności magicznych. Poza tym to niebezpieczne, przecież…
Łapa uśmiechnął się pod nosem. Chwilę później go nie było.
Zamiast niego, na podłodze siedział wielki, czarny pies. Wstał i powoli podszedł do łóżka, na którym siedzieli James i Lily, a wszyscy, zdumieni, wodzili za nim wzrokiem. Pies podniósł łeb do góry i chwilę przypatrywał się dziewczynie. Nagle szczeknął tak głośno, że ta aż podskoczyła i odruchowo chwyciła się ramienia Jamesa.
Brunet zdążył zaledwie zerknąć na przytuloną do niego Rudowłosą, bo ta chwilę później oderwała się od niego, speszona.
- Syriusz! Ty… ty… zapchlony kundlu! – krzyknęła, ale nie wyglądała przy tym na rozgniewaną. Wspomniany kundel zamerdał ogonem, zadowolony z komplementu. Cofnął się o parę metrów i przemienił powrotem w Syriusza Blacka. Chłopak usiadł między dziwnie rozmarzonym Jamesem a milczącą Lilyann, w duszy sycąc się tym, że pozostali patrzą na niego z podziwem.
Do przyjaciela uśmiechnął się pojednawczo. Tamten, mimo wszystko, nie był skory do przyjęcia tych nietypowych przeprosin.
- Remus? – zapytała nieśmiało Ann.
- Tak? – odezwał się tak szybko, jakby się obawiał, że blondynka się rozmyśli i znów będzie go ignorować.
- Powiedz, co się stało tej nocy.
- To wszystko wymknęło się spod kontroli – odpowiedział gorzko.
- Wszystko?
- To nie był pierwszy raz, kiedy wyruszaliśmy na nocne eskapady. To powtarzało się podczas każdej pełni. I dzięki temu zapominałem o bólu, o tym, że jestem niebezpieczny. To były cudowne noce, uwierzcie mi. I nie chciałem widzieć zagrożenia.
- Remus, nie ma sensu tego roztrząsać – przerwał mu Syriusz.
- Tego, że mogłem cię zabić? Masz rację, nie powinniśmy tego roztrząsać, to szczegół niewarty uwagi – odpowiedział Lupin takim głosem, jakby mówił o pogodzie.
- Przestań – szepnął Syriusz, zaciskając pięści.
- Zaatakowałeś go? – zapytała Ann Remusa.
Nie dosłyszał w jej głosie pretensji. Mimo to nie miał odwagi odpowiedzieć. Odwrócił wzrok.
- Sprowokowałem go – odezwał się znów Łapa, przerywając ciszę. – Przeholowałem, posunąłem się za daleko. Wydawało mi się, że to były tylko żarty. Nie przewidziałem, że Lunatyk może stracić nad sobą panowanie – dokończył z zaciętą miną, wpatrując się w podłogę.
Znów nastała mecząca cisza, nie zmącona nawet brzęczeniem muchy.
- Peter, ty też jesteś animagiem, tak? W jakie zwierzę się zmieniasz? - zapytała po chwili Lily.
- W szczura – odpowiedział niezbyt zadowolony, że go zapytała. Zdawał sobie sprawę, że przy kolegach wypada dość blado.
- Mhm – mruknęła, wcale nie zawiedziona, bo Peter-animag sam w sobie robił wrażenie. –James, w kogo ty się zamieniasz?
- Co? - zapytał nieprzytomnie.
- W co się zmieniasz? – powtórzyła.
- W jelenia, Lily.
- I nie zareagowałeś, kiedy to się stało?
- Oczywiście, że tak – odpowiedział.
- Ale byłem silniejszy – dodał Remus. – Mało brakowało, a…
- Ale nic się nie stało, rozumiesz?!
Syriusz poderwał się z miejsca i podszedł do przyjaciela. Kucnął przed nim i spojrzał mu śmiało w oczy.
- Nic. Się. Nie. Stało – powtórzył.
- A gdyby księżyc nie zaszedł? Gdyby to potrwało parę minut dłużej? – zapytał Remus spokojnym głosem, nawet nie oczekując odpowiedzi. I słusznie, bo Łapa jej nie znał. Podobnie jak James i Peter.
- Mam tego dość – oświadczyła Lily. Wstała z łóżka i nie oglądając się na żadnego z nich, wyszła z pokoju, zamykając za sobą cicho drzwi. Bo nigdy nimi nie trzaskała.
- To do zobaczenia, dziewczyny – mruknął Remus, jeszcze zanim zdążyły podnieść się z miejsc.
***
Dorcas od pewnego czasu przyglądała się Rudowłosej. Wracając od Huncwotów, zastały ją leżącą na łóżku i czytającą książkę, choć wzrok wciąż miała utkwiony w słowie „stracić”.
Po jakimś czasie otrząsnęła się, odrzuciła lekturę w kąt i zatopiła głowę w wielkiej poduszce. Od tej pory nie poruszyła się, więc Dorcas w dziwnym odruchu co chwilę sprawdzała, czy przyjaciółka jeszcze oddycha.
Ann wyszła bez słowa dziesięć minut temu i dziewczyna została sama z nieobecną duchem Lilyann. Zaczynało ją to nudzić, zwłaszcza, że odczuwała silną potrzebę rozmowy z kimś bliskim.
- I co myślisz o tym wszystkim? – szepnęła Dorcas, kucając przy, leżącej twarzą do poduszki, Lily.
- Nic nie myślę - usłyszała stłumiony głos przyjaciółki.
Brunetka już otwierała usta, gdy ta odezwała się znowu:
- I nie zmuszaj mnie do tego.
- A może byś wstała? – zaproponowała nieśmiało, nie zniechęcona. – Leżysz tak już godzinę, niedługo zrobią ci się odleżyny. A nie zrobiłaś jeszcze pracy domowej…
- Zrobiłam ją wczoraj, zrobiłam wszystko na zaś, więc mnie zostaw w spokoju! – jęknęła Lily, obracając się do niej plecami.
- Lily.
Dziewczyna milczała.
- Mogłaś mi powiedzieć o Remusie – stwierdziła w końcu Dorcas z żalem. Czekała, żeby to powiedzieć.
- Nie, nie mogłam – odparła Lily, nie obracając się.
Coś zapukało w szybę. Obie obejrzały się w kierunku okna. Na parapecie siedziała sowa Jamesa. Przestała stukać, gdy zobaczyła, że Rudowłosa powoli gramoli się z łóżka, by odebrać list.
- Do ciebie – mruknęła po chwili i rzuciła mały rulonik w kierunku Dorcas.
Dorcas, dziś o dwudziestej pierwszej, w Pokoju Życzeń. Proszę, po prostu przyjdź.
Syriusz.
- Coś podobnego – skwitowała brunetka, z lubością rozdzierając pergamin na malutkie kawałeczki.
- Pójdź – poprosiła Lilyann. - Może powie Ci, gdzie zgubił dawnego Syriusza Blacka. Albo nawet poprosi o pomoc w jego odnalezieniu.
by Paula
komentarze [35]
"Wymknęło się spod kontoli"
sobota, 28 lipica 2007
Rozdział z dedykacją dla Kasiuli. W życiu swoim nie spotkałam jeszcze tak wytrwałej czytelniczki :)
* * *
Nie tylko oni przyglądali się, jak te dwie postacie idą przez błonia, by za chwilę zniknąć w pobliżu Wierzby Bijącej...
...Drobna Gryfonka o włosach barwy słomy, otulona szczelnie szlafrokiem, siedziała na parapecie w swoim dormitorium.
I patrzyła, przytulając nos do zimnej szyby. Starała się dostrzec w mroku te dwie postaci, które przed chwilą znikły jej z oczu, kiedy deszcz zaczął bębnić w parapet i okno. W tle złowrogo świszczał wiatr. Szaruga całkowicie przesłoniła jej widoczność, więc westchnęła ze zrezygnowaniem i odsunęła się od okna. Wpadła wprost na, stojącą tuż za nią niczym cień, Lily.
Ann aż podskoczyła.
- Co ty tak… - bąknęła Ann, trochę przestraszona, bo Lily wyglądała dziwnie. Niepokojąco blada, z błyszczącymi niezdrowo oczami utkwionymi nie w przyjaciółce, a w jakimś ciemnym punkcie na horyzoncie, za oknem.
- Lily? – odezwała się znów Ann, przyglądając się jej z troską.
***
- Nie, Peter! Zostań z nim, poradzę sobie! – warknął James, ocierając wierzchem dłoni krew, cieknącą ciurkiem z rozciętej wargi.
Gdyby ktoś pojawił się teraz na polanie w środku Zakazanego Lasu, jego oczom ukazałby się dziwny widok.
Wśród wysokiej trawy zauważyłby czterech młodych mężczyzn, z czego dwóch półprzytomnych.
Syriusz siedział na ziemi, poturbowany i poraniony, wsparty na ramieniu roztrzęsionego Glizdogona. Wyglądał tak, jakby za maską obojętności starał się ukryć wielki ból. Może nie chcąc przysparzać jeszcze więcej troski towarzyszom, a może z własnej próżności, by nie pokazać słabości. I starał się nie patrzyć na leżącego naprzeciw Remusa.
Lupin zaś wyglądał o wiele gorzej od Blacka. Może nie z powodu ran, bo tych miał najmniej ze wszystkich, wyłączając siniaki na piersi i podbite oko. Leżał na wznak na ziemi, wpatrując się tępo w gwiazdy, a na jego twarzy malowało się ogromne poczucie winy i beznadziejności. Oczy zionęły pustką. Na każdą myśl o tym, co mogło się stać, w jego gardle rosło coś wielkiego, co uniemożliwiało mu powiedzenie czegokolwiek.
Był wtedy najsilniejszy ze wszystkich, a to wymknęło się spod kontroli. Nawet we dwójkę nie mieliby najmniejszych szans, gdyby nie uratowała ich jego przemiana. „Nigdy więcej na to nie pozwolę”, pomyślał w tej chwili Remus, znów odwracając wzrok, by uniknąć spojrzenia Rogacza.
- Remus, nie możesz czuć się winny. To nie byłeś ty – szepnął James. Nie usłyszał odpowiedzi przyjaciela.
James, mimo podrapanej twarzy i podartej koszulki, sprawiał wrażenie najbardziej przytomnego. I to on jako jedyny nie stracił głowy, kiedy było naprawdę źle. Patrzył na zapłakanego Petera, wściekłego na siebie Remusa i Syriusza, który niewątpliwie czuł więcej, niż to okazywał i zdał sobie sprawę, że to on musi wziąć sprawę na swe barki.
- Zaprowadzę Remusa to Wrzeszczącej Chaty, zaraz powinna po niego przyjść pielęgniarka – oznajmił Potter, starając się, żeby jego głos brzmiał spokojnie i rzeczowo – A potem tu wrócę.
Nie doczekał się jakiejkolwiek odpowiedzi.
- Wstawaj, Remus – mruknął, podając mu rękę.
- Nie zrobimy tego nigdy więcej – odezwał się słabym głosem Lupin, gdy we dwójkę wychodzili z Zakazanego Lasu.
Był tak słaby, że gdyby nie trzymał Jamesa mocno pod ramię, zapewne by upadł. Uznał jednak, że musi to wyjaśnić tu i teraz.
- Remus…- zaczął chłopak, wyraźnie zmieszany.
- Nie mów mi, że to nie byłem ja – przerwał mu stanowczo Lupin – To w jakimś stopniu byłem ja.
- Porozmawiamy o tym później – uciął James.
Wziął do ręki długi kij i trącił nim sęk w pniu Bijącej Wierzby.
- Dalej sobie poradzę – mruknął Lunatyk, zatrzymując przyjaciela, który już wchodził do tunelu – Wracaj do Syriusza. Wracaj – warknął, bo Potter nie reagował.
***
-
Trofeum.
- Chłopcy, o tej porze? – zapytała oburzona Gruba Dama, patrząc na nich z wyrzutem, bo wyrwali ją ze snu.
- Po prostu otwórz – wycedził James przez zęby.
Obraz otworzył im przejście do pokoju wspólnego. Razem z Peterem pomogli półżywemu Syriuszowi przejść przez dziurę.
- Zapal światło, Peter.
Chłopak spojrzał na niego zdezorientowany.
- Różdżka – mruknął zirytowany James.
- Ach!
Lumos. Niesiemy go do dormitorium? – zapytał Glizdogon.
- Położę go na razie na kanapie. Nie mam… - posadził przyjaciela na sofie – siły…
- Jak mogło do tego dojść? – zapytał cicho Peter, patrząc mu niepewnie w oczy.
- Nie wiem…
James opadł na kanapę i schował twarz w dłoniach. Za chwilę jednak podniósł głowę, bo usłyszał skrzypienie otwieranych drzwi. Potem kroki bosych stóp po parkiecie. Nie widział w mroku, czyje to były kroki.
Stanęła przed nimi Lily. Wyglądała jak widmo, gdy wpatrywała się w półprzytomnego Łapę.
- Cześć, Ruda – mruknął Syriusz, podnosząc na nią wzrok.
Ale ona mu nie odpowiedziała. Przeniosła spojrzenie swoich migdałowych oczu na Jamesa. Omiotła wzrokiem jego podrapaną twarz.
- Powinniście pójść do Skrzydła Szpitalnego.
- Tak, ale widzisz Lily, sytuacja jest… - zaczął tłumaczyć Rogacz.
- Znam sytuację. Lepiej niż ci się wydaje. A pielęgniarka nigdy nie pyta o zbyt wiele.
- Lily…
- James, proszę – znów mu przerwała.
Oczy miała po brzegi wypełnione troską o nich. „I słusznie”, pomyślał sobie.
- Dobra. Peter, trzymaj i prowadź – chłopak wyciągnął z kieszeni Mapę Huncwotów.
Ale to Lily, zamiast niego, ją wzięła.
- Sam sobie z Syriuszem nie poradzisz, ja was poprowadzę. I załóżcie pelerynę-niewidkę.
Chłopak spojrzał na nią kompletnie zszokowany.
- Tak, wiem – odparła zdawkowo.
***
Kiedy nazajutrz trzej panowie pojawili się, tuż przed lekcjami, w pokoju wspólnym, nie dało się poznać, jakie piekło przeżyli parę godzin wcześniej. Jedynie ich zacięte miny świadczyły o tym, że nie mają tym razem ochoty na żarty. James jako jedyny postarał się na powitanie przywołać na twarz uśmiech.
Peter zauważył ich, więc ruszył w ich kierunku.
- Dlaczego nie chciałeś zostać dzisiaj w skrzydle? – zapytał, patrząc na Remusa.
Chłopak w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami.
- Glizdku – odpowiedział za niego James – tacy zwykli śmiertelnicy jak my nigdy tego nie pojmą. Znając go nie chciał tracić rozkosznej lekcji ze Slughornem. Prawda, Luniu?
- Trafiłeś w sedno, przyjacielu – podsumował Remus ironicznie, ale kąciki jego ust uniosły się minimalnie.
Syriusz także lekko się rozchmurzył, lecz po chwili mina mu zrzedła, bo zobaczył maszerującą ku nim szybkim krokiem Lily. Mówiąc szczerze, dziewczyna prawie biegła, jakby obawiając się, że zaraz przed nią uciekną. I tak naprawę, to Huncwoci rozważali przez chwilę tę możliwość.
- Cześć, Lily – mruknął Peter.
- Cześć – odpowiedziała dziewczyna, nawet na niego nie patrząc. Stanowczym ruchem ręki odgarnęła włosy opadające na twarz.
Huncwoci spodziewali się, że zaraz zacznie prawić im morały, tymczasem ona uśmiechnęła się delikatnie i zapytała:
- Jak się czujecie?
Spojrzeli po sobie, całkowicie zdezorientowani.
- Doskonale, a dlaczego pytasz? – odpowiedział w imieniu wszystkich Syriusz, patrząc na nią nieufnie.
- Och, daj spokój – odfuknęła dziewczyna – może nie mam powodu się martwić?
- Nie masz, Ruda. To są nasze sprawy… wewnętrzne – odparł.
Rudowłosa zwęziła niebezpiecznie oczy.
- Lily, pogadamy po lekcjach, dobrze? – wtrącił łagodnie James. Obawiał się, że gdyby ta rozmowa była kontynuowana, przyjaciele wywlekliby wszystkie sprawy dnia wczorajszego na światło dzienne – Obiecuję – dodał.
Spojrzała mu krótko w oczy.
- Dobrze, ale…
- Trzymaj się.
I ruszyli do swojego dormitorium, rozmawiając przyciszonymi głosami.
- Syriusz, a Dorcas? – zawołała za nim Lily.
Chłopak zatrzymał się i obrócił w jej kierunku, zakłopotany.
- Zaraz przyjdę – rzucił w kierunku pozostałych Huncwotów.
Podszedł do Lily, wyraźnie się ociągając.
- Powiedziałaś jej? – zapytał lakonicznie, bawiąc się rękawem swojej koszuli.
- Co jej miałam powiedzieć?
- Że… nie wiem, no. Że byłem w skrzydle, na przykład.
Syriusz był stanowczo zbyt zmieszany. Jakby resztkami silnej woli zmuszał się do myślenia o swojej dziewczynie. Nawet nie próbował być nonszalancki, a zazwyczaj taką właśnie postawę przyjmował. Wyglądał raczej jak…winowajca.
- Powiedziałam – przytaknęła – Nie powiedziałam tylko, jak tam się znalazłeś. JESZCZE nie. Ale to zostawiam tobie.
- Była u mnie?
- Dowiedziała się rano, więc jej wytłumaczyłyśmy, że i tak zaraz przyjdziesz – odparła Lily.
- To dobrze, bo rany długo się goiły…
- O tym pogadamy później. A na razie, błagam cię, idź do niej, bo nam wydepcze dziurę w podłodze – ponagliła go lekko rozdrażnionym tonem.
- To raczej ty ją zawołaj, nie mam zamiaru kolejny raz wywoływać sensacji zjeżdżając na tyłku z waszych schodów.
- Kiedyś potrafiliście tam wejść i bez zjeżdżania.
- Ruda. Latka lecą – westchnął.
Tak naprawdę mógłby tam wejść bez problemu. Ale zyskał w ten sposób cenną minutę na poukładanie sobie w głowie tego, co chciał powiedzieć w gramatyczną całość.
Wszystko, co skrzętnie zaplanował, rozsypało się w plątaninę bezsensownych tłumaczeń i wymówek, kiedy ją zobaczył.
Właściwie Dorcas wyglądała tak jak zawsze. Jak zawsze pięknie. Wiedział o tym od dawna, ale teraz jakby sobie przypomniał.
I w rezultacie, zamiast wypełnić swoją powinność, uśmiechnął się najbardziej czarująco, jak potrafił. Przytulił ją do siebie, szepcąc: „Wszystko jest okay”, a w myślach wyzywając się od tchórzy.
***
Powinien był to zrobić. Nie może tego ciągnąć, nie może. Ona nie zasługuje na to by ją oszukiwać. Taki dupek jak on nie jest jej wart – wyrzucał sobie Syriusz podczas eliksirów.
Dzisiaj wyjątkowo starał się skupić na zajęciach, by zagłuszyć denerwujące myśli w jego głowie. Powtarzały się jak refren piosenki, która zawsze działała mu na nerwy.
Może i był arogancki, egoistyczny i butny. Dobrze. Ale wbrew opiniom wszystkich, znał granice. Czasem świadomie je przekraczał, lecz wiedział gdzie przestać – tam, gdzie zaszkodziłby już nie tylko sobie, a i innym. Wczorajszej nocy w Zakazanym Lesie przesadził. I wtedy kiedy kolejny raz skrzywdził Dorcas, mimo że ona jeszcze nie wie o jego wyskoku. Ale dowie się, więc lepiej od niego, a nie od innych „życzliwych”.
- Syriusz – syknął Remus, nie podnosząc wzroku znad swojego kociołka – Miałeś to posiekać, nie zetrzeć na proch.
- Co? - zapytał nieprzytomnie Syriusz, wyrwany z zamyślenia.
- Krwawik.
Łapa dopiero teraz spojrzał na to, co miażdżył przez ostatnie dwadzieścia minut.
- Cholera – mruknął i poszedł do szafki po nowy substrat.
- Daruj sobie – warknął, gdy zobaczył, że James już otwiera usta by skomentować tę sytuację.
***
Rogacz rozejrzał się po pokoju wspólnym, wypatrując drobnej blondynki lub burzy czekoladowych loków. Lily nie było tu z całą pewnością, ją nietrudno było zauważyć.
- Ann! Ann! – James podbiegł do dziewczyny i, kiedy już złapał oddech, powiedział – Mogłabyś zawołać Lily do naszego pokoju? Musimy… jej coś wyjaśnić – spojrzał na nią wymownie.
- Tak, bez wątpienia musicie.
- To zawołasz? – zapytał znów, składając ręce jak do modlitwy i patrząc na nią błagalnie.
-Zawołam.
- Dzięki – rzucił, i popędził do swojego dormitorium.
- Lily, idziemy – powiedziała chwilę później Ann, wychylając głowę zza rzeźbionych bogato drzwi.
Rudowłosa, leżąca na swoim łóżku i zajęta lekturą, natychmiast odrzuciła książkę w kąt i wstała.
Wskazała głową na Dorcas zajętą polerowaniem paznokci, mimo, że wokół niej porozrzucane były różne podręczniki.
Ann skinęła głową.
- Dorcas, idziemy.
- Gdzie? – rzuciła beztrosko dziewczyna.
- Do Huncwotów.
Dorcas oderwała się od swoich paznokci, nagle ożywiona. Pozostałe lokatorki, Mary i Linda, zachichotały pod nosem. Evans zmroziła je spojrzeniem. Odkąd przyczyniły się do tego, że cała szkoła wie o jej dawnym „związku” z Potterem, nie cierpiała ich z całego serca.
- No to na co czekamy? – zapytała z szerokim uśmiechem Dorcas, poprawiając fryzurę i ruszając ku drzwiom. Pozostałe przyjaciółki wymieniły znaczące spojrzenia.
by Paula
komentarze [34]
Ogłosznie 2
czwartek, 26 lipica 2007
OK, wszysko jest na dobrej drodze żeby notka pojawiła się jeszcze w tym tygodniu.
Ale nie piszę tylko dlatego. Otóż pod ostatnią notką pojawiły się dwa komentarze, których autorkom jestem oczywiście bardzo wdzięczna za wyrażenie opinii, jednak nie podoba mi się jedna rzecz - mianowicie zdania typu "Syriusz ma zerwać z Dorcas" itp. Bądź co bądz, to jest moje opowiadanie i takim pozostanie. I jedynie do mnie należy decyzja, jak pokieruje losami tej dwójki, dobrze? Ach, i Dorcas. Dorcas jest wybuchowa, bo taki ma charakter. Takze nie widzę powodu, by to zmieniać :)
Pozdrawiam wszystkich i chylę tiary,
Paula
by Paula
komentarze [3]
"Uczesałeś się"
czwartek, 5 lipica 2007
A więc skończyłam. To znaczy skończyłam to co już raz było skończone, wedle życzenia. Żeby nie robić sobie antyreklamy, nie powiem co sądze o jakości tej notki... Ale:
Dla wszystkich, którzy czekali ;)
Paula
* * *
Syriusz, obudzony promieniami październikowego słońca, otworzył niechętnie oczy. Zmrużył je natychmiast, bo światło drażniło jego nie do końca rozbudzone ślepia. Ziewnął przeciągle i skrzywił się, czując, że ma strasznie nieświeży oddech. Poderwał się raptownie z łóżka i ruszył do łazienki po zbawienną pastę do zębów, porywając w biegu mundurek z krzesła.
Otworzył drzwi, nie zwracając uwagi na dochodzące zza nich szumy i pomruki.
Łazienka nie była pusta – na środku niej, w samym ręczniku przewiązanym na biodrach i z twarzą umazaną pianką do golenia, stał James. I byłoby to jeszcze całkiem naturalne, gdyby nie fakt, że trzymał w ręce najbardziej przez siebie znienawidzony przedmiot – grzebień, i patrzył w lustro z iście bojową miną, mając zamiar zaraz zaatakować nim swoje włosy.
Syriusz wybuchnął śmiechem, który do złudzenia przypominał szczekanie psa i dopiero wtedy James zauważył jego obecność. Rzucił Black’owi gniewne spojrzenie, po czym znów powrócił do zaciętego wpatrywania się w swoje odbicie.
Wziął głęboki oddech i zamachnął się grzebieniem, chcąc rozczesać sterczące kosmyki.
- Czekaj!
Rogacz zawiesił rękę w połowie ruchu i spojrzał pytająco na Łapę.
- Rogosiu, kochany mój, zanim zrobisz sobie tym krzywdę – wyciągnął mu grzebień z ręki – albo, co gorsza, zrobisz krzywdę mnie…
James spojrzał na niego tak, jakby rzeczywiście rozważał taką możliwość.
- … to chciałbym wiedzieć, czy zamierzasz może…
- Konkrety, Łapo. Mam jeszcze wiele do zrobienia – James spojrzał krytycznie na „Jamesa” w lustrze.
- Zamierzasz rzucić wyzwanie wielkiemu pająkowi? – skończył Syriusz, nakładając pastę na szczoteczkę.
Zaczął pieczołowicie szczotkować zęby, podczas gdy Rogacz chwycił za maszynkę do golenia, widocznie chcąc odwlec jak najdalej perspektywę rozczesywania włosów.
- Skąd ci to przyszło do głowy?
- Ło… – Syriusz wyciągnął szczoteczkę z buzi – Bo chwyciłeś za TO – wskazał na leżący niepozornie na skraju umywalki grzebień.
Rogacz wzruszył ramionami.
- Co to była ta kartka? – zagadnął po chwili Łapa, wycierając twarz ręcznikiem.
- Co?
- No, ta kartka. – odparł przytłumionym głosem Syriusz. - Ta co nie chciałeś pokazać.
- Nic, kartka – oznajmił zmieszany Rogacz.
- Kartka.
- No – mruknął i, wkładając w to całą siłę woli, znów sięgnął po grzebyk.
***
- Nie ma… Niemożliwe. Niewykonalne. Nierealne. Musi być. – mruczała do siebie jakby w gorączce Lily, nerwowo przewracając kartki swojego pamiętnika.
- Mówienie do siebie to pierwszy objaw choroby umysłowej! – usłyszała przytłumiony głos Dorcas zza drzwi łazienki.
Lily poderwała się z łóżka i weszła do łazienki.
Pomachała brunetce przed nosem swoim pamiętnikiem i stanęła na środku pomieszczenia, wpatrując się w nią wyczekująco.
- Co jest? – zapytała Dorcas, przyglądając się dziewczynie z obawą.
- Jakie liczby są między 66 a 69? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Lilyann, siląc się na spokojny ton.
- 67 i 68?
- Brawo. Więc…analogicznie, między 66 a 69 stroną powinny być 67 i 68, nie uważasz? – kontynuowała Rudowłosa, porzucając rzeczowy ton na rzecz dyszkantowego trajkotu.
- Uważam… - odpowiedziała niepewnie Dorcas – Ale do czego zmierzasz?
- Cieszę się, że o to pytasz. Otóż owa 67 i 68 strona… znikła. Ot tak.
- No super. I mniemasz, że zjadłam ją na kolację?
- Ty mi powiedz – rozkazała Lily, ale kąciki jej ust lekko drgały.
- Otóż moja kochana Lilyann Rosemary Evans, to niemożliwe. JESTEM NA DIECIE. Szukaj dalej, może Ann nie miała czego wrzucić na ruszt, sama rozumiesz. W końcu nawet kilkadziesiąt skrzatów domowych nie jest w stanie wyżywić bandy wygłodniałych nastolatków takich jak my.
I po tym przejmującym monologu Dorcas wróciła do układania loków.
Lily wyszła z łazienki z mocnym postanawianiem, że nie zostawi tak sprawy tajemniczego zniknięcia kartki. Ukryła pamiętnik pod materacem swojego łóżka, skompletowała garderobę i wraz z Ann ruszyła na śniadanie.
***
- Rogacz, baranie, w tym momencie masz stamtąd wyjść! – Syriusz po raz wtóry załomotał w drzwi łazienki – Lunio, powiedz mu! – zawył płaczliwie, zwracając wykrzywioną grymasem twarz ku Remusowi, który właśnie poszukiwał skarpetki do pary.
- James, ja też mam pęcherz – Peter przyłączył się do okupującego drzwi Blacka – W dodatku bardzo wrażliwy!
W tym czasie James najzwyczajniej w świecie szczotkował zęby, starając się zagłuszyć walenie w drzwi głośnym nuceniem, co w połączeniu z pastą w ustach przywodziło na myśl warczenie buldoga ze wścieklizną.
Kiedy skończył, ociągając się otarł twarz ręcznikiem. Przywołał na twarz wyraz uprzejmego zaskoczenia, by wypowiedziane za chwilę słowa:
- Skąd te nerwy, panowie?
…zabrzmiały bardziej wiarygodnie.
W następnej chwili został brutalnie wyciągnięty za łokieć z łazienki i przyparty do ściany przez, walczących o pierwszeństwo, Syriusza i Glizdogona.
Remus zmierzył Jamesa wzrokiem od dołu go góry i odwrócił głowę, żeby chłopak nie zauważył ironicznego uśmieszku, który mimowolnie wpełzł na jego usta.
- No co? – zaperzył się James, poprawiając z godnością kołnierzyk koszuli.
Lupin znów się uśmiechnął, lecz ot tak, serdecznie, i spojrzał na przyjaciela.
- Myślisz, że nie jesteś z Lily tylko dlatego, że włosy masz wiecznie rozczochrane?
James zmieszał się trochę, ale po chwili dumnie przeczesał palcami mozolnie poukładaną fryzurę.
- Naprawdę nie wiem o co ci chodzi – bąknął.
- Doprawdy?
- A ja myślę – wtrącił Peter. Jak się można było tego spodziewać, przegrał bitwę z wyższym i silniejszym Syriuszem – Myślę, że masz zbyt wygórowane wymagania.
- Wobec kogo? – zapytał ostro James.
- Wobec Lily – odparł obojętnie Glizdogon.
- Co masz na myśli? – drążył dalej James, trochę poirytowany.
- Bo ja rozumiem, że ty ją kochasz. Właściwie to zadbałeś o to, żeby wszyscy wiedzieli – Peter wziął głęboki oddech i spojrzał badawczo na Rogacza, jakby upewniając się, że za słowa które ma zamiar wypowiedzieć nie zostanie skrócony o głowę. – James. Ona ma siedemnaście lat. Znaczy, wy macie. I… Chodzi mi o to, żebyś nie wymagał od niej tego samego. Znaczy… takiej miłości do końca świata i o jeden dzień dłużej. Przynajmniej…n-na razie – zakończył i zerknął na Remusa, szukając poparcia.
- Wybacz mi szczerość, ale ty nie masz pojęcia o miłości pod żadną postacią, więc wsadź sobie głęboko te rady – warknął James i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.
Glizdogon wpatrywał się chwilę w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Rogacz z otwartymi ustami. Otrząsnął się i ze złością zaczął wrzucać podręczniki do torby.
- Wydaje mi się, że nie masz racji, Peter – odezwał się cicho Remus.
Peter podniósł na niego pełne wyrzutu spojrzenie.
Oczywiście, kiedy już odważy się wyrazić swoje zdanie, wszyscy go atakują.
- Och, Peter, nie patrz tak – westchnął – James jest cholernie zakochany. Zrozum go… mówienie takich rzeczy jest gorsze od przekonywania go, że w ogóle powinien sobie odpuścić – dodał zmęczonym tonem.
- Bo powinien – odburknął Glizdogon – Marnie wyglądasz, Lunio.
Remus uśmiechnął się ponuro.
***
James w milczeniu usiadł przy stole Gryfonów, nie zauważając nawet uśmiechu, który posłała mu Lily na powitanie. Nałożył sobie na talerz tosta z dżemem, ale jeść wcale mu się nie chciało.
Hardo wpatrując się we własne dłonie, rozmyślał o swojej irracjonalnej miłości. I im dłużej myślał, tym bardziej, choć nieświadomie, przyznawał rację Peterowi. Tak go zezłościła ta świadomość, że gdy zagadnęła do niego Lilyann, rzucił jej tylko ostre spojrzenie i nic nie odpowiedział.
Dla przełamania monotonii postanowił powpatrywać się teraz w sklepienie. Niebo było dziś tak bezczelnie lazurowe, jak czasem wczesną wiosną nad wrzosowiskiem, w pobliżu którego mieszkał. Było to równie denerwujące, jak bajecznie porozrzucane po nieboskłonie cirrusy.
- Co się z tobą dzieje? – wyrwał go z zamyślenia głos Lily. Patrzyła na niego na wpół z wyrzutem, na wpół z troską.
- Wszystko w porządku – odparł cierpko.
- Nie jesteś zbyt przekonujący – fuknęła Lily, nie przestając bacznie się mu przyglądać. Nagle kąciki jej ust zaczęły drgać, jakby właśnie uświadomiła sobie coś bardzo zabawnego – Uczesałeś się – powiedziała zdawkowo.
James spojrzał na nią szczerze zdziwiony. Przez to wszystko zapomniał, że to właśnie dla niej spędził dzisiaj godzinę katuszy w łazience.
- Tak wyszło.
Rudowłosa zmarszczyła brwi. Zawahała się chwilę, lecz po chwili zapytała:
- Mogę zrobić coś nietypowego?
Rogacz zdumiony tym dziwnym pytaniem pokiwał głową.
Lily uśmiechnęła się promiennie i z najwyższą starannością rozczochrała mu włosy.
Spojrzała na niego, zadowolona z efektu. Natomiast James był zbyt zszokowany, by zrobić cokolwiek.
***
Umysł ludzki bywa taki, że nie przyjmuje czegoś do wiadomości tak długo, jak to tylko możliwe. Nawet jeśli to jasne i oczywiste. Nawet jeśli żyjemy wtedy w wyimaginowanym świecie własnych złudzeń, idiotycznych przekonań które budujemy na nieżyciowych wypowiedziach innych ludzi.
Weźmy na przykład taką miłość. Nie w sensie wyśpiewanego tysiącami dźwięków, opisanego milionami liter w harlekinach i poematach, papierowego uczucia. Zostawmy za sobą kolejne wytwory ludzkiej wyobraźni.
Bo tak naprawdę, myślała Lily, miłość pojawia się razem z niepokojem, że to co się właściwie jeszcze nie zaczęło, może się rychło skończyć. Wraz z miłym, ale niebezpiecznym poczuciem uzależnienia od drugiej osoby. Nie ma żadnych objawów, algorytmów, rozpoznawalnych znaków.
Więc to, że od rana na każdą myśl o Jamesie czuję dziwne ciepło w brzuchu, o niczym nie świadczy.
- I to, że w ogóle o nim myślę.
- O kim? – zapytała rozbawiona Dorcas, przyglądając się siedzącej na drugim fotelu Lily.
Rudowłosa podwinęła pod siebie nogi, a minę miała bardzo refleksyjną. Na pytanie przyjaciółki wzdrygnęła się i spojrzała na nią nieprzytomnym wzrokiem.
- Powiedziałam na głos coś… dziwnego?
Dorcas pokiwała głową z politowaniem.
- James – mruknęła ze złośliwą miną.
- Gdzie? – Lily rozejrzała się szybko po pokoju wspólnym, a oczy jej zaświeciły.
Kiedy zorientowała się, jak śmiesznie się zachowuje, oblała się rumieńcem.
- Chyba pójdę już spać – oznajmiła po chwili, bardzo speszona, zbierając książki ze stolika.
- Dorcas, daj jej spokój – poprosiła Ann, kiedy spostrzegła, że dziewczyna także podnosi się z fotela.
Lily poczuła ogromną wdzięczność do Ann, że ta uchroniła ją od wysłuchiwania ironicznych rozważań na temat jej życia uczuciowego.
***
Zdawałoby się, że październikowe noce w Anglii nie są mroźne. Jednak gdy Huncwoci zamknęli za sobą drzwi wejściowe zamku, ich twarze omiótł zimny powiew. I mimo, że nie było w tym nic niepokojącego, spojrzeli krótko po sobie, jakby upewniając się nawzajem, że jak zawsze wszystko pójdzie gładko.
- Poczekajmy, aż pielęgniarka zaprowadzi Lunia do Wrzeszczącej Chaty – szepnął James do Syriusza i Petera. Sprawdził, czy peleryna idealnie ich zakrywa i pociągnął ich do wnęki w murze.
Niebo było dziś zachmurzone, jednak nie na tyle, żeby całkowicie ukryć poświatę księżyca w pełni, który raz po raz wyzierał spod chmur, sprawiając, że po karku Jamesa przeszedł dreszcz.
Drzwi znów otworzyły się z głuchym skrzypieniem i w mroku mogli dostrzec dwie sylwetki – zgarbionego Remusa i rozglądającą się czujnie na boki pielęgniarkę, trzymającą go za ramię.
Nie tylko oni przyglądali się, jak te dwie postacie idą przez błonia, by za chwilę zniknąć w pobliżu Wierzby Bijącej.
by Paula
komentarze [41]
"Cienie na ścianie"
niedziela, 27 maja 2007
Dla Kasieńki. Mojego światełka w tunelu i przypominajki, dojrzałej szesnastki, która ciągnie za warkoczyk i ustawia do pionu. Z okazji wszystkich minionych miesięcy spędzonych przed klawiaturami zamieszczam tu bardzo spóźnione życzenia :)
Żebyś jak najdłużej musiała się ze mną użerać i śmiać z mojego ekscentrycznego charakterku i niekwestionowanej tępoty :) Żebyś zrozumiała filozofię sprzęgła. I żebyś wiedziała, że życzę Ci wszystkiego, czego nie potrafię Ci życzyć – bo nigdy nie byłam w tym dobra. Na wieki wieków kochająca Paula.
P.S.
I przepraszam, że nie wyszedł mi "doszedł".
Cisza. Nie przenikliwa, nie złowroga. Tylko cisza przyjemnie pieszcząca uszy. Banalnie proste zjawisko i tak późnym wieczorem całkowicie zrozumiałe. Ale Lily delektowała się nią, wsłuchiwała w nicość, upajając się spokojem. Minął kolejny dzień. Dzień jak poprzedni i zapewne jak te kolejne. A ona miała wrażenie, że czas zastygł w bezruchu. Jakby znalazła się we wnętrzu jakiegoś niezwykle realistycznego obrazu, gdzieś między podziałkami na zegarze. Usiadła na łóżku i podciągnęła kolana pod brodę. Bała się poruszyć, żeby nie zmącić chwili.
Noc była jasna, więc bez problemu mogła dostrzec swoje współlokatorki.
Dorcas leżała na boku, z jedną ręką wplątaną we włosy i lekko rozwartymi ustami. Przy każdym oddechu poświstywała lekko a pierś falowała jej regularnie.
Ile ona, Lily, dałaby wiele, żeby móc tak spokojnie zasnąć. A przed snem mieć pod powiekami swojego ukochanego.
Lily, Lily… celibat jest świetny i bezpieczny. Od kiedy to masz w zwyczaju komplikować sobie życie?
- Może czasem dobrze je sobie skomplikować? – szepnęła sama do siebie. – Skoro żyć prosto znaczy nie robić niczego, co mogłoby cię skrzywdzić… niczego co może by nas uszczęśliwiło…
Musiało być już bardzo późno – wszystkie wieczorne odgłosy, począwszy od rozmów w pokoju wspólnym, a na szumie wody z łazienek skończywszy, ucichły już parę godzin temu. Huncwoci, którzy mieli w zwyczaju ostatni opuszczać pokój, robiąc przy tym najwięcej hałasu, także grzecznie pokładli się do łóżek.
Natomiast Lilyann, mimo przekonania, że jest na jutrzejsze lekcje perfekcyjnie przygotowana i może spokojnie wpaść w objęcia Morfeusza, nie mogła zasnąć.
Kiedy więc trzecia książka, którą wzięła do ręki, zaczęła ją nudzić po trzech pierwszych linijkach postanowiła, że już nic nie będzie robić. Może sen przyjdzie sam.
Ale także nic-nie-robienie wiele nie dało. Ułożyła więc głowę na poduszce, ziewając przeciągle.
Nagle coś przewróciło się jej w żołądku – zostawiła swój pamiętnik w pokoju wspólnym.
Nie zważając na swój niekompletny strój, wygrzebała się z pościeli i pobiegła na palcach w kierunku drzwi. Otworzyła je, a następnie ostrożnie zamknęła, uważając żeby nie zaskrzypiały.
Zbiegła szybko po spiralnych schodach, przytrzymując się ściany żeby nie upaść.
Było tak ciemno, że nie było szans dojrzeć mebli, a co dopiero zeszytu. Świece już dawno się wypaliły.
Musiała więc wrócić do dormitorium, tym razem trochę spokojniej, i wziąć różdżkę leżącą na stoliku obok łóżka.
Kiedy wróciła z różdżką w ręku, znów obiegła wzrokiem owalną komnatę i nie dostrzegła więcej niż za przednim razem.
-
Lumos - zaświecił się koniec jej różdżki, jednak nikłe światło padło jedynie na stojący obok niej wysiedziany fotel.
-
Accio pamiętnik - mruknęła, celując różdżką na oślep.
Nic się nie stało. Gdyby tylko wiedziała, gdzie szukać…
Powtórzyła zaklęcie jeszcze kilka razy, za każdym razem kierując różdżkę w innym kierunku.
W końcu, kiedy już traciła nadzieję, zeszyt nadleciał z parapetu przy oknie, na którym Lily miała zwyczaj przesiadywać.
- No jasne – mruknęła i pognała na górę, nawet nie próbując przypuszczać, co by się stało, gdyby pamiętnik wpadł w niepowołane ręce.
Będzie musiała pomyśleć nas tym, jak go zabezpieczyć przed wścibskimi spojrzeniami. Sama się sobie dziwiła, że jeszcze tego nie zrobiła.
Kładąc się do łóżka, jeszcze raz zerknęła na pamiętnik. Tyle wspomnień. Tu, w tych tysiącach literek zamknęła całe swoje życie. Prawdziwe życie, w jej prawdziwym świecie.
Złocone litery na jego grzbiecie zalśniły tajemniczo. Wyciągnęła ku niemu rękę. Właściwie… czemu by nie powspominać?
1 września ‘66
Drogi pamiętniczku - Lily uśmiechnęła się pobłażliwie czytając nagłówek. Pismo jedenastoletniej Lily było staranne jak zawsze, jednak stawiała duże, okrągłe literki nie mające wiele wspólnego z dzisiejszym pismem dziewczyny – drobnym i lekko pochyłym. Oderwała się od tych grafologicznych przemyśleń i kontynuowała czytanie -
Nie wiedziałam, jak tu może być fajnie do momentu, kiedy tu przyjechałam – Lily znów uśmiechnęła się wyrozumiale
- Pewnie powinnam teraz zapisać, że poznałam fajnych ludzi, ale niestety nie tylko. Chłopców, których dzisiaj spotkałam trudno określić fajnymi. A zwłaszcza tego głupiego rozczochrańca…
Poranek był parny, jak cały ubiegły tydzień, a Londyn zdawał się być jeszcze bardziej zatłoczony niż zwykle, kiedy przestraszona, ale i podekscytowana drobna dziewczynka o nadzwyczajnie zielonych oczach wysiadała z beżowego Volvo przy dworcu King’s Cross, a potem truchtem podbiegła do bagażnika, czekając, aż tato go otworzy.
Aż podrygiwała w miejscu, czekając. W tym czasie reszta jej rodziny wyszła z samochodu.
Tato, widząc zniecierpliwienie swojej pociechy, otworzył bagażnik i z niemałym wysiłkiem wyciągnął z niego wielki kufer.
Natomiast pani Evans miała minę, jakby wolała chwilę rozstania się z córką odwlec w nieskończoność. Patrzyła zatroskana jak mała Lily wykłóca się z ojcem, że chce sama pociągnąć swój kufer, lecz po chwili rezygnuje, nie mogąc nawet ruszyć z miejsca.
Pani Evans objęła ramieniem starszą córkę, naburmuszoną Petunię.
- Petunio, uśmiechnij się. Lily nie będzie nas widziała przez parę miesięcy.
Ale ta spojrzała tylko na nią, robiąc jeszcze bardziej posępną minę.
- To niech mnie taką zapamięta, bo będę wyglądała tak samo, kiedy wróci. – powiedziała. – O ile wróci – dodała po chwili.
- Chodźmy już! – krzyknęła podenerwowana Lily.
- Ach… tak, tak. Który to miał być peron? – zapytała nieprzytomnie pani Evans.
- Londyn, dworzec King’s Cross, peron 9 i ¾, wtorek 1 września, odjazd o godzinie dziesiątej - wyrecytowała na jednym tchu dziewczynka.
- Tu nie ma… chodźmy już.
Szli wzdłuż pełnego zabieganych i przygnębionych ludzi, zmierzających w różnych kierunkach i co chwila zerkających nerwowo na zegarki. Ludzie ci odrywali się na chwilę od swoich całkiem przyziemnych myśli, by spojrzeć na nich. Musieli zwracać na siebie uwagę, przechadzając się King’s Cross z wielkim kufrem i sową. Lily kupiła ją sobie poprzedniego dnia na Pokątnej. Wciąż nie mogła ochłonąć po wizycie na tej ulicy, teraz zaś miała udać się do miejsca, które było kwintesencją tego wszystkiego, co zobaczyła wczoraj i spędzić tam calusieńkie dziesięć miesięcy…
W końcu przystanęli.
Pan Evans rozejrzał się. Sprawiał wrażenie całkowicie zdezorientowanego.
Spojrzał pytająco na córkę.
- Peron dziewiąty – powiedział, wskazując na wiszącą po jego lewej ręce tabliczkę – a to dziesiąty. I co teraz, Lily?
Rudowłosa dziewczynka spojrzała na dwie tabliczki i wzruszyła nieznacznie ramionami. Teraz utkwiła wzrok w solidnej, żelaznej barierce dzielącej dwa perony.
Stałam tam chwilkę, wpatrując się bez większego sensu w tę barierkę. Nie wiem, może miałam nadzieję, że sama mi powie, co mam zrobić. Ale miałam wrażenie, że ona jest tam w jakimś konkretnym celu.
Spojrzałam jeszcze raz na rodziców, ale ci wydawali się być lekko otępiali. I wtedy zobaczyłam, jak w naszym kierunku idzie chłopiec z takim samym kufrem i z taką samą klatką na sowę. Ucieszyłam się, bo myślałam, że przynajmniej on mi pomoże…
Podeszłam bliżej do chłopca. Dygnęłam z uśmiechem przed jego rodzicami i dopiero wtedy spojrzałam na chłopaka.
Miał koszmarny bałagan na głowie i patrzył na mnie jak na kosmitkę. Starając się nie zwracać uwagi na to natarczywe spojrzenie, zapytałam go…
- Cześć. Jestem Lily – uśmiechnęła się przyjaźnie.
Wyciągnęła do niego rękę. Chłopiec na chwilę przestał wpatrywać się w jej oczy i spojrzał na wyciągniętą ku niemu dłoń. Podał jej swoją bez słowa i znów podniósł na Lily wzrok.
Ktoś tuż nad nimi zaśmiał się serdecznie. Chłopak aż podskoczył i spojrzał z wyrzutem na swoją mamę.
- Jimmy, co z tobą? Straciłeś mowę, smyku?
- Mamo – burknął Jimmy – mogłabyś nie mówić tak do mnie w towarzystwie? Byłbym dozgonnie wdzięczny – dokończył ironicznie.
Ojciec Jimmy’ego pokręcił nieznacznie głową, ale nikt tego nie zauważył.
- Och… już dobrze, smy…Jamesie.
Chłopak uśmiechnął się do matki.
- James, może byś się w końcu przedstawił tej młodej damie? – zagrzmiał ojciec chłopaka.
Ale kiedy Jimmy znów spojrzał na Lily, cały jego animusz gdzieś wyparował.
Sama Lily też czuła się dość niezręcznie, gdyż chłopiec nadal trzymał ją za rękę.
- Ja jestem… ja… to znaczy ty… Ty jesteś strasznie piękna! – wydukał w końcu i wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu, najwyraźniej zadowolony z siebie.
Rodzice chłopca wybuchli od dawna tłumionym śmiechem. Lily poczuła, że oblewa się szkarłatnym rumieńcem. Wyszarpnęła rękę z uścisku tego chłopca, obróciła się na pięcie, omiatając twarz zafascynowanego nią Jamesa kaskadą długich rudych włosów.
- Dziewczynko! Eee…Lily! Poczekaj, proszę! - zawołał ktoś za nią.
A że była nauczona, że nie wolno ignorować dorosłych, obróciła się posłusznie i z wyrazem uprzejmego oczekiwania spojrzała na wysoką brunetkę o orzechowych oczach, matkę tego „bęcwała”, jak go sobie nazwała w myślach Lilyann.
- Chciałaś się dowiedzieć, jak wejść na nasz peron?
- Tak, proszę pani.
- Wystarczy iść prosto na tę barierkę.
- Ale…
- Nie bój się – przerwała jej brunetka - James pójdzie pierwszy… jeżeli jest w stanie ruszyć się z miejsca.
- Oczywiście – żachnął się Jimmy - Pa, mamo! Do zobaczenia, ojcze – krzyknął na odchodnym.
- To do zobaczenia po drugiej stronie, Liluś.
Dziewczynka aż się zapowietrzyła. Jakiż on miał tupet!
Ale nie miała czasu dłużej się oburzać, bo zobaczyła jak James z zaciętą miną pędzi prosto na żelazną barierkę i wcale nie ma zamiaru się zatrzymać.
Zamknęła oczy, gdy już tylko kilka cali dzieliło go od kraksy, ale nie usłyszała żadnego hałasu. Ów „bęcwał” zniknął bez śladu.
- Dziękuję bardzo – zwróciła się do jego rodziców zaskoczona, ale i trochę zawiedziona, że James jednak się nie rozbił – Dowidzenia.
Popędziła do stojących nieopodal rodziców i uściskała mamę i tatę. Rzuciła krótkie „cześć” swojej siostrze, wzięła kufer i popędziła na żelazną poręcz. Za sobą słyszała przerażone krzyki swoich rodziców.
Zmierzając w kierunku pociągu, czuła na sobie spojrzenie Jamesa. Rozmyślnie go zignorowała, przechodząc obok.
„To był najgorszy i najlepszy dzień w moim życiu” - doczytała Rudowłosa, teraz już chichotając tak bardzo, że oczy zaszły jej łzami. Musiała wepchnąć sobie knykcie do ust, żeby nie pobudzić współlokatorek.
- Moja mała Lily, chciałabym mieć twoje problemy… - szepnęła.
Przerzuciła kilka pożółkłych już lekko kartek, zatrzymując czasami wzrok i odczytując pierwsze zdania. Zatrzymała go na stronie, gdzie w nagłówku napisała:
14 października ‘66
Sama nie wiem, co myśleć o tym Potterze. Nie będę setny raz powtarzać, że jest napuszony i głupi. Ciągle za mną lata i robi ze mnie pośmiewisko. Jest taki… On jest świetny w czarach, nie przeczę. Ale ciągle to wykorzystuje, żeby pokazać jaki to on jest fenomenalny. Szczerze mówiąc on i ten jego nowy koleżka, Black, chyba niewiele mają w głowach.
Żeby latać po szkole i rozrzucać łajnobomby… co za poziom. A Remus tylko się przygląda. Banda Huncwotów. Banda hultajów. Ot co, idealny przydomek.
A reszta? Dorcas. Dorcas jest świetna. Gdyby nie ona, nie otworzyłabym tu gęby do nikogo. Dusza towarzystwa. I też nie cierpi Jamesa. Nie wiem, czy z solidarności… czy dlatego, że Black nie zwraca na nią uwagi…
Ann. Nie znałam jej zbyt dobrze, mimo, że mamy razem dormitorium. Od początku roku odezwała się do mnie raptem trzy razy. Ale dzisiaj wydarzyło się coś…
- Bronisz tego Ślimaka tylko dlatego, że jesteś jego pupilką! – zaperzyła się Dorcas, przekrzykując grupę ogromnych siódmorocznych, których mijały.
Właśnie przedzierały się z Lily przez tłum zmierzający w przeciwną stronę, ku lochom.
Wracały z eliksirów. Dorcas – wciąż oburzona, bo dostała za swój nędzne N. Lily – uśmiechnięta od ucha, bo Slughorn głośno wyraził swój zachwyt nad jej nadzwyczajnym wyczuciem. Zaczęła się przerwa na drugie śniadanie, więc zmierzały do pokoju wspólnego.
- Och, nie przesadzasz? – westchnęła wyraźnie znudzona Lilyann. – Eliksir miał być niebieski metaliczny. A twój wyglądał bardziej jak barszcz czerwony, w którym w dodatku zważyła się śmietana.
- Co?!
- Dorcas, ja tylko…
- Nie, patrz! – przerażona wskazała na stojących w bocznym korytarzu Ślizgonów.
- No widzę – odparła spokojnie Zielonooka - tam jest ten chłopak, co chodzi z nami na eliksiry, Malfoy. I Snape. Co w tym dziwnego?
- Och, patrz w kogo celują!
Lily wytężyła wzrok. Pod ścianą leżała przerażona, drobna blondynka. Ann, cała zapłakana, starała się wstać, ale jakiś wysoki Ślizgon powstrzymywał ją zaklęciem, świetnie się przy tym bawiąc.
- Ann? Czy to nie ta…
- Lily, odbiło ci?! – jęknęła rozpaczliwie Dorcas, widząc jak Lily wyciąga w pośpiechu różdżkę z kieszeni, chowa ją w rękawie i rusza w kierunku tamtej grupki – Lily!
Dorcas dogoniła Lily, kroczącą z zaciętą miną w kierunku uczniów.
- Przecież oni są w szóstej klasie! Malfoy wziął ze sobą plecy! Nie poradzisz sobie!
- Mam ją tak zostawić? – rzuciła wściekła Lily.
- Hej, wy! Zostawcie ją w spokoju! – wrzasnęła do pleców Ślizgonów.
Obejrzeli się na nią jak na komendę. I jak na komendę wybuchli szyderczym, wymuszonym śmiechem.
Zadarła wysoko głowę i spojrzała na stojącego najbliżej chłopaka.
- Zostawcie ją.
- Mała, spadaj stąd jak cię proszę – mruknął i odwrócił się z powrotem.
- Nudzi się wam, więc znęcacie się nad młodszymi i słabszymi? – spojrzała na patrzącego na nią z odrazą Lucjusza – Malfoy, myślałam, że stać cię na więcej. Tymczasem ty przyłazisz tu z bandą goryli i znęcasz się nad bezbronną dziewczyną. Żałosny jesteś.
Blondyn nie odezwał się. Zmierzył ją tylko chłodnym spojrzeniem.
-Nie, Evans. To ty jesteś żałosna – syknął Snape. Zrobił pauzę i spojrzał na Malfoy’a, jakby oczekując uznania – Takie szlamy jak ty nie zasługują nawet na to, żeby ścierać nimi podłogi w naszych dormitoriach – powiedział bez zająknięcia, jakby wygłaszał referat i znów spojrzał na Lucjusza.
Lily zamrugała szybko. Dorcas stojąca obok niej sprawiała wrażenie, jakby się ją chlasnęło w twarz.
- Zwłaszcza, że po tych podłogach miałyby chodzić takie kreatury, jak wy – odparowała Lily lekko łamiącym się głosem.
I korzystając z chwili zaskoczenia, jaką wywołała jej odpowiedź, podbiegła do zapłakanej Ann i pomogła jej podnieść się z podłogi. Obejrzała się na Snape’a raz jeszcze i zaczęła biec do głównego korytarza.
- Zróbcie coś, idioci, bo doniesie McGonagall!
Nagle Lily poczuła, jakby gruby rozżarzony bicz uderzył ją od tyłu, zwalając ją z nóg, a potem oplótł się wokół jej kostek i pociągnął ją do tyłu.
- LILY!
- Nie przesadzacie trochę? – zapytał zdawkowym tonem Snape, ale widać było, że metody kolegów niezbyt się mu podobają.
- Sam przed chwilą mówiłeś o ścieraniu nią podłogi – odparł obojętnie Malfoy, przyglądając się starszym kolegom. Stali nad poobijaną Lily, zastanawiając się, jak zamknąć jej usta.
Snape spojrzał przelotnie na Malfoya, poprawił szatę i mruknął:
- Tak, mówiłem. I…yy… nie zmieniłem zdania, nie – dodał, lekko się krzywiąc.
- Mała, mam rozumieć, że nikt nie dowie się o dzisiejszym… incydencie? – zapytał jakiś blady, wysoki chłopak z kruczoczarnymi, przylizanymi gładko do tyłu włosami.
Lily spojrzała na niego spode łba.
- Ała! – wrzasnął drugi, trzymający od tyłu, pod łokcie, Dorcas.
- Co jest?
- Ta smarkula zmiażdżyła mi stopę! Ała!
Dorcas zrobiła to po raz drugi i tym razem wyrwała się z uścisku chłopaka. Popędziła ile sił w nogach i zniknęła za rogiem.
- No patrz, zostawiła cię. I co teraz zrobisz?
- ZOSTAW JĄ! – ryknął ktoś. Jego krzyk rozniósł się echem po ciemnym korytarzu.
- Co to, domowe przedszkole, czy jak? – mruknął owy blady czarnowłosy Ślizgon do swojego kolegi, który zachichotał nerwowo.
- Wydaje ci się, że taki z ciebie mocarz, Mullen? – warknął James Potter niespodziewanie mocnym jak na swój wiek głosem.
- Skąd ty…
- Zostawcie je – odezwał się Syriusz, patrząc groźnie na Snape’a i Malfoy’a.
- Tak, zostawcie – bąknął niski, korpulentny chłopiec z mysimi włosami – Co one wam zrobiły?
- Ich nie obchodzi, co zrobiły, Peter – odparł James, wciąż wpatrując się w Mullena – Prawda?
- Coś mi się wydaje, że ten mały nie będzie miał łatwego życia w naszej szkole – powiedział Mullen ze złośliwym uśmiechem, ignorując pytanie Pottera. Jego kolega znów zaśmiał się sztucznie.
- Puśćcie dziewczyny, bo…
- Bo co? – zakpił Mullen – Zakochałeś się w tej małej szlamie?
-
Furnunculus! - krzyknął rozpalony do czerwoności James.
- POTTER!
Chłopak obejrzał się natychmiast. Maszerowała ku nim rozeźlona McGonagall, a tuż za nią biegła przestraszona Dorcas.
- Co to ma znaczyć?! To karygodny przykład braku poszanowania dla regulaminu, Potter! – warknęła – Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru. Za każdego z was.
Ślizgoni uśmiechnęli się szyderczo.
- Trzydzieści punktów? – jęknął Peter.
- Ale za co… pani profesor? – zapytał James głosem drżącym z emocji.
- Za użycie klątwy wobec ucznia! To chyba oczywiste! A wy – zmierzyła wzrokiem Ślizgonów, którzy nagle przestali się uśmiechać – za mną, do opiekuna waszego domu. Tak, Malfoy, nie rób takiej miny, ty też.
Kiedy McGonagall odeszła z całą ich bandą, Lily spojrzała zmieszana na Jamesa.
- Potter, ja…
- No i masz, tak się właśnie opłaca pomagać ludziom! – warknął Syriusz – Chodźcie. Jimmy, chodź! – zawołał, gdy zobaczył, ze jego przyjaciel nie ruszył się z miejsca.
- Zaprowadźcie ją do Skrzydła Szpitalnego – powiedział James do Ann i Dorcas, nie patrząc na Rudowłosą.
- Ok.
- Ok. To… idę – mruknął, dalej unikając spojrzenia Lily.
***
- Reasumując… Zakazany Las? – szepnął Syriusz, pochylając się jeszcze niżej nad Mapą Huncwotów.
Stanowczym ruchem odgarnął włosy opadające na oczy i pociągnął z butelki kremowego piwa. Mimo bardzo później pory spojrzenie miał całkiem przytomne, bo jego rozum rozjaśniała myśl o kolejnej przygodzie.
- Ostatnio gdy tam byliśmy, to się nie skończyło najlepiej – odpowiedział trochę przestraszony Glizdogon – Może Hogsmeade? – podsunął z nadzieją.
- Jeśli o mnie chodzi – odezwał się cicho Remus – to myślę, że wyprawa do lasu będzie bezpieczniejsza… zważywszy na mój…
- Futerkowy problem – skończył James – Zgadzam się. Więc Zakazany Las w najbliższą środę.
Chwilę później panowie rozeszli się do łóżek. James także, odwiązawszy uprzednio krawat z głowy i założywszy swoje ulubione seledynowe bokserki, wyłożył się na łóżku. Długo wpatrywał się bezmyślnie w baldachim, roztrząsając wydarzenia ostatnich dni. Dotychczas, żyjąc z dnia na dzień – od wybryku do wybryku, nie miał tego w zwyczaju.
Gdyby w pokoju wspólnym wczoraj w nocy nie było Ann, co by się stało? Do czegoś by doszło, tak. Ale, choć to dziwne, on wcale nie chciał by coś się wydarzyło, bo wciąż bębniły mu w głowie słowa Lily z wakacji:
Nie chcę kłamać. Nie kochała. I nie warto się łudzić – skoro nie zrobiła tego przez tyle lat, to już nie pokocha.
- Idiota z ciebie, Rogacz.
James rozejrzał się. Zastanawiał się, czy to on wypowiedział na głos to, co o sobie aktualnie myślał. Nie. To leżący obok Łapa, wsparty na łokciu, wpatrywał się w niego tak przenikliwie, że aż irytująco.
- O co ci chodzi? – zapytał, podnosząc się na łóżku.
- O Lily. Idiota z ciebie taki wielki jak stąd do Dublina.
James spojrzał na niego przelotnie i utkwił wzrok w cieniach przemykających po ścianie oświetlonej blaskiem księżyca. A Black ciągnął dalej:
- Ja rozumiem, że ona jest ładna i w ogóle, ale stary… nawet z twoją dalekowzrocznością nie da się nie zauważyć że ona...
- A ja się zastanawiam – odpowiedział powoli James – dlaczego upodobałeś sobie wygłaszać swoje tezy o czwartej nad ranem.
- Skoro ty upodobałeś sobie myśleć o niej o KAŻDEJ porze dnia…
- Nieprawda – zaprzeczył szybko James.
- Czyżby?
Syriusz uśmiechnął się tryumfalnie, gdy Rogacz ugryzł się w język, chcąc znów zaprzeczyć.
- Więc jestem idiotą – przyznał chłopak obojętnym tonem.
- Więc coś z tym zrób, bo psujesz mi reputację. Bo widzisz, Lily jest…
- No, jaka jest Lily? – przerwał mu, uśmiechając się lekko.
- Lily jest jak horyzont – skończył dobitnie Syriusz.
- Jak horyzont.
- Tak, jak horyzont – powtórzył, mając przy tym minę natchnionego szaleńca – Im szybciej do niego biegniesz, tym bardziej się oddala. Z czego się chichrasz, baranie?!
- Ja? – wydusił James, ocierając łzy palcem – Chyba to sobie zapiszę, Hamlecie.
- Hamlet to był ten mugol co napisał "Szekspira"? – zapytał Łapa, marszcząc czoło – Nieważne. Wracając do Rudej…
- Nie mów tak na nią, nie lubi tego – wtrącił Rogacz.
Łapa wzniósł oczy ku sklepieniu.
- Wracając do LILYANN – poprawił – to dlaczego ty sobie nie odpuścisz? Mógłbyś mieć każdą. No… prawie każda, bo jesteś moim kumplem, a nie mną… Czy te cienie są aż tak interesujące?!
- Popatrz, pająk – Rogacz wskazał palcem na dużego, czarnego stawonoga żmudnie plącącego sieć tuż pod gzymsem – Pamiętasz, co powiedziała Lily po SUM-ie z Obrony Przed Czarną Magią?
- Coś, że nie umówiłaby…
- …się ze mną, nawet gdyby miała wybierać między mną a wielkim pająkiem. Ale teraz… rozumiesz, istnieje cień szansy, że zawahałaby się sekundę, zanim by zabrała na randkę tego obrzydliwego, włochatego pająka – powiedział James tonem, w którym sarkazm mieszał się z goryczą.
- Jest gorzej niż myślałem – rzekł po chwili lekko zniesmaczony Syriusz – Ty nie jesteś idiotą. Ty po prostu ją kochasz – dodał po chwili głosem wyrażającym trochę przerysowanie smutne zrozumienie.
James uśmiechnął się krzywo.
- Cholernie. Za wszystko – wielki, długonogi pająk spuścił się po nici w dół, podkulając odnóża – I mimo wszystko. Mimo wszystko – rzucił w przestrzeń.
Po chwili usłyszał jak Syriusz, wzdychając ciężko, opada na poduszkę.
Dwie godziny później słońce zaigrało w rozczochranych włosach pewnego śpiącego twardo chłopaka; ściskał on w ręce zmięty skrawek pergaminu.
James Potter uśmiechnął się lekko przez sen.
by Paula
komentarze [1]
"Darlene. Z Ravenclawu"
piątek, 4 maja 2007
To wszystko naprawdę mogło się udać, jeśliby nie wziąć pod uwagę faktu, że Lily – Lily Prefekt nie potrafiła oszukiwać. Jeśliby się temu przyjrzeć z bliska, to właściwie nie musiała.
Nieważne w jakiej sytuacji by się nie znalazła, była czysta jak łza. I zawsze w porządku… wobec przełożonych.
Nawet wtedy, gdy przyłapała Dorcas i Syriusza na próbie włamania się do pokoju profesorskiego. Tak… była wtedy równie wzorowa, co bezlitosna, gdyż kazała tej dwójce do rana szorować nocniki w Skrzydle Szpitalnym. Co z tego, że musiała wtedy dać upust swojej złości, bo James po raz kolejny ośmieszył ją przed całą szkołą? Te dwie sprawy, jak utrzymywała, nie były ze sobą powiązane.
Teraz, kiedy miała wyciągnąć różdżkę i złamać punkt regulaminu, zdała sobie sprawę, że o wiele łatwiej było to wszystko obmyślić, niż wprowadzić w życie.
Zerknęła za kroczącego przed nią woźnego – ale ten wciąż podejrzliwie przyglądał się Jamesowi.
Wzięła głęboki oddech, spojrzała przez ramię na zardzewiałą zbroję stojącą przy schodach i skierowała w tamtym kierunku różdżkę powtarzając w myślach:
”Locomotor, Locomotor…”
Serce łomotało jej jak oszalałe, kiedy powoli przesuwała zbroję w kierunku schodów.
Trach!
Aż podskoczyła, kiedy blacha w końcu uderzyła o stopnie, a hełm z metalicznym brzękiem zatoczył koło na posadzce.
Filch odwrócił się raptownie, a ona wciąż tkwiła w bezruchu z uniesioną różdżką. Kiedy się zorientowała, odruchowo schowała ją za pazuchę. Było to już zbędne.
Nastała chwila dusznej ciszy. Lily spojrzała przestraszona w oczy woźnego, które teraz pałały żądzą…powieszenia jej za ręce pod sufitem i uśmiechnęła się przepraszająco.
- Evans! – huknął w końcu starzec, a dziewczyna aż się wzdrygnęła. Po chwili jednak woźny uśmiechnął się zajadliwie i rzekł złowrogo spokojnym tonem – Dołącz do Pottera, moja droga.
Lily więc posłusznie dogoniła chłopaka, nie oglądając się na Filcha. Rogacz spojrzał na nią trochę zszokowany, a trochę zniesmaczony. Kiedy Filch zostawił ich w gabinecie i poszedł wezwać McGonnagal, rzekł tonem znawcy:
- Pomysł dobry, a wykonanie? Tragiczne. Musisz się jeszcze wiele nauczyć.
Spojrzała na niego wściekła, z zaczerwionymi uszami i niebezpiecznie pulsującą żyłką na skroni.
- No co? – zapytał, nie rozumiejąc jej reakcji.
- Czy po tobie wszystko spływa… JAK PO KACZCE?! – warknęła.
Chłopak spojrzał rozbawiony na dziewczynę, bliską już ataku epilepsji. Podrapał się po nosie i odrzekł:
- Polecam. To bardzo wygodna postawa.
- Wygodna?! – powtórzyła ze zdwojoną siłą – Zaraz przyjdzie tu rozwścieczona McGonagall!
- I kogo zobaczy? – wtrącił – Lilyann Prefekt Perfekt! Toż to absolutna kompromitacja! – dodał, teatralnie łapiąc się za głowę.
Lily czuła, jakby ciśnienie miało jej zaraz rozsadzić żyły i, nie wiedzieć czemu, czuła nieodpartą chęć zaciśnięcia rąk na szyi tego…tego… chłopaka, który nie zważając na konsekwencje, kontynuował swój wywód:
- A pragnę ci także przypomnieć, że ja – James Potter – po prostu włóczyłem się w nocy po zamku, zaś ty zostałaś przyłapana na jawnym akcie wandalizmu… – i to mówiąc uśmiechnął się tryumfalnie – Więc… to będzie bardzo długa noc.
- James… nie zrobisz mi tego? – zapytała cała struchlała.
- Czego? – odparł z uśmiechem.
- Nie zostawisz mnie z tym, prawda? – powiedziała tak szybko, że zjadła kilka głosek – Ja to zrobiłam dla naszego wspólnego dobra, żeby Filch nas zostawił w spokoju i pomyślał, że to Irytek – wyrecytowała na jednym wydechu – Chciałam pomóc!
- Phi, ładna mi pomoc – burknął – Pogrążyłaś nas. Jak się naważyło whiskey, to trzeba je wypić – dodał błyskotliwie – Tak to się mówi?
- Piwa. Naważyło piwa – poprawiła go automatycznie.
- Szczegół.
Ale kiedy spojrzał na znerwicowaną i zrezygnowaną Lily, odniósł wrażenie, że jego żarty jakoś jej nie bawią.
- Lily! – zawołał żywo – Pewnie, że cię z tym nie zostawię, myślałaś inaczej?
Odetchnęła z ulgą. Miała świadomość, że to nie poprawiało znacznie jej położenia. Mimo to czuła się jakby… bezpieczniej? Tylko dlaczego? Bo oberwie się nie tylko jej, ale także Jamesowi? To kiepska motywacja…
- Dzięki – mruknęła.
Chciała, żeby to zabrzmiało bardziej serdecznie. Nie udało się, więc żeby zatrzeć złe wrażenie, zmusiła się do uśmiechu. James, nie wiedzieć czemu, nie odpowiedział jej tym samym – nawet na nią nie spojrzał. Wbił wzrok w drzwi wejściowe, by za chwilę popatrzeć na nią z taką miną, jakby chciał powiedzieć:
- Pora spotkać się z Przeznaczeniem.
Odwróciła się powoli i przekonała się, jak srogie spojrzenie może mieć to
Przeznaczenie.
***
Czuł już piasek pod powiekami. Cały dom już dawno spał, w pokoju wspólnym było ciemno, bo łuna bijąca od kominka osłabła. Wystarczyłby jeden ruch różdżki, by ogień zapłonął mocniej, lecz to także przerastało jego możliwości.
Syriusz leżał w poprzek fotela, a kończyny zwisały mu z niego smętnie. Głowę oparł o wezgłowie tak, że podbródek wbijał mu się w mostek. I leżał tak sobie, od czasu do czasu zezując na Dorcas albo Ann, albo oglądając z umiarkowanym zainteresowaniem swoje zadbane paznokcie.
To było naprawdę irytujące, że kiedy już postanowił powiedzieć dziewczynom, że James jest z Lily, a Lily z Jamesem i z pewnością świetnie się bawią – one mu nie uwierzyły.
Próbował im to wpoić cztery razy i na tym poprzestał.
Teraz westchnął przeciągle, przerywając tę nudną ciszę i przekręcił się na fotelu.
- Może powinniśmy powiedzieć McGonagall? – zaproponowała niepewnie Ann, zerkając to na Dorcas, to na Blacka.
- Może powinniśmy pójść spać? – odparł Łapa z nadzieją w głosie.
- A proszę bardzo! – obruszyła się Meadowes – Jeżeli masz kompletnie w nosie, co się dzieje z Lily…
- Ależ ja wiem, co się dzieje z Lily – odpowiedział bardzo powoli i wyraźnie, jakby mówił do pięcioletniego dziecka – Lily… jest… z… Jamesem.
- Tak, tak, już to słyszałam – westchnęła zniecierpliwiona Dorcas.
- Proponuję jeszcze uwierzyć. Prawda jest naga, tylko ty nie przyjmujesz tego do wiadomo-ooooo-ści – odparł, tłumiąc przy tym potężne ziewnięcie. – A teraz, drogie panie, pozwólcie że pójdę się przespać.
Niezdarnie wygramolił się z fotela, rozglądnął się po pomieszczeniu nieprzytomnie i, kiedy już obrał właściwy kierunek, ruszył do swojego dormitorium.
Ledwo drzwi się za nim zamknęły, a znów się w nich pojawił. Specjalnie czy nie, ale wyszedł na schody w całkiem rozpiętej koszuli, prezentując tors, o którym krążyły już legendy. Rzekł, zwracając się do Ann:
- A ty też możesz iść spać. Przecież wiesz, że mam rację.
I znowu zamknął się w pokoju.
- Może on ma rację? – zapytała Ann po chwili milczenia.
- A skąd! Lily taka nie jest – odparła z pełnym przekonaniem Dorcas.
- Jaka?
***
…Głupia, głupia, głupia – wyrzucała sobie Rudowłosa, kiedy wraz z Jamesem, eskortowana przez McGonagall, wracała do Wieży.
Zawsze myślała systemowo… przyczyna, przebieg, ewentualne skutki. Dlaczego tym razem nie wzięła pod uwagę tego, że dostanie tygodniowy szlaban, a jej funkcja Prefekta Gryffindoru będzie poważnie zagrożona?
„Nie omieszkam poinformować dyrektora o moich wątpliwościach co do tego, czy jesteś właściwą osobą na to stanowisko, Lilyann”…
James chyba wiedział, o czym teraz myśli Lily, więc szepnął:
- Wbrew temu co sobie teraz myślisz, to była najmądrzejsza rzecz jaką zrobiłaś z życiu.
Spojrzała na niego wymownie, mając zamiar powiedzieć dosadnie, że ma inne zdanie…
- Żadnych rozmów – oznajmiła ostro McGonagall – chyba że wolicie jeszcze bardziej pogorszyć swoją sytuację.
- Przepraszamy, pani profesor – powiedział James, ale udawanie skruszonego nigdy nie wychodziło mu najlepiej.
Minerwa nic na to nie odpowiedziała. Zamiast tego zwróciła się do Grubej Damy:
-
Trofeum. - Potem spojrzała na nich. – A wy prosto do łóżek.
Nauczycielka przezornie poczekała, aż oboje znajdą się w swojej Wieży i odeszła zamaszystym krokiem, mrucząc coś o upadku moralnym młodzieży.
Pokój wspólny tonął w ciemnościach. Może dlatego Lily pomyślała, że są tu sami. Wściekła kopnęła najbliżej stojący fotel, którego sylwetka rysowała się niewyraźnie w świetle księżyca. Niezbyt jej ulżyło, więc kopnęła go jeszcze raz – mocniej. Wkrótce pożałowała, bo chyba wybiła sobie palca u stopy. Warknęła przeciągle i opadła zrezygnowana na sofę. Nawet nie starając się zachowywać cicho, ściągnęła buta i odrzuciła go gdzieś w kąt. Zaczęła rozmasowywać sobie stopę.
- Chcesz pobudzić cały Gryffindor? – szepnął James, siadając obok niej.
- Mam w nosie cały Gryffindor! – krzyknęła płaczliwie, prosto do jego ucha.
- Liluś… ciszej, błagam cię.
- Nie rozumiesz, że jutro mogę nie być prefektem?!
- Świat się od tego nie zawali – zauważył – a ty będziesz miała więcej wolnego.
Popatrzyła na niego krzywo.
- Ty jesteś naprawdę dziwny…
- Nigdy nie mówiłem, że nie – odrzekł.
Znów na niego spojrzała. Ale tym razem w mroku dojrzał, że kąciki jej ust lekko zadrgały.
- Oboje jesteście dziwni. – doszedł ich głos kogoś, kto najwyraźniej siedział naprzeciwko nich – Mam nadzieję, że bawiliście się na tyle dobrze, że było to warte siedzenia tu do późna. I denerwowania się o was.
- Ann? Co ty tu robisz – szepnęła zmieszana Lily, wciąż trzymając jedną ręką swoją opuchniętą stopę.
James wytężył wzrok: rzeczywiście naprzeciw nich, na wysłużonym fotelu siedziała przyjaciółka Lily. Spod ciepłego, welurowego szlafroka wystawała jej długa koszula nocna. Zwinęła się na fotelu, podkulając nogi pod brodę i przyglądała się im na wpół badawczo, na wpół z rozbawieniem.
- Czekałam na ciebie – odparła blondynka, naciągając bardziej koszulę, tak, że teraz nie widać było nawet jej stóp.
- Y…no, przecież nie trzeba było – mruknęła Rudowłosa.
- Wiem. Syriusz mi powiedział, że jesteście razem – odpowiedziała Ann.
- Więc po co…
- To ten patafian dobrze wiedział gdzie my jesteśmy?! No jasne! – wtrącił się James. Z mściwą miną spojrzał w kierunku drzwi swojego dormitorium.
- Więc po co tu czekałaś? – powtórzyła Lily, gdyż wcześniej przerwał jej Rogacz.
- Nie chciało mi się spać – rzekła Ann, wzruszając nieznacznie ramionami – Zresztą… i tak bym nie potrafiła. Black i Dorcas strasznie hałasowali.
- A co robili? – zapytał natychmiast James.
Dostał kuksańca w bok od Lily.
- Dorcas też tu z nami siedziała. Widziałam, że już prawie zasypia mi na fotelu, więc wysłałam ją do łóżka. Miała przyjść mnie zmienić. Ale chyba zaspała…
- To my już pójdziemy spać – szepnęła Lily, wyciągając Pottera z fotela.
Nie mogła dłużej znieść tego lustrującego spojrzenia Ann.
- No to…dobranoc, moje panie – szepnął James.
Uśmiechnął się nieznacznie do Lily i zniknął za drzwiami swojej sypialni.
- My też chodźmy – zarządziła Lily.
Pobiegła do dormitorium. Zanim Ann zdążyła o cokolwiek zapytać, dziewczyna przebrała się i wskoczyła do łóżka.
Ann była świadoma, że Lily wcale nie śpi. Ale postanowiła, że skoro nie chce jej nic powiedzieć, to nie będzie jej o nic wypytywać.
Zresztą – była już tak zmęczona, że nie miała siły myśleć o jakichkolwiek oddziaływaniach między ta dwójką. Ale mimo wszystko, zasnęła z uśmiechem satysfakcji na ustach.
***
Lily obudziła się, kiedy poczuła, że coś wielkiego i puchatego uniemożliwia jej oddychanie. Półprzytomna postarała się ściągnąć poduszkę z twarzy. Nie było to koniecznie, bo za chwilę poduszka podniosła się i wylądowała z wielką siłą na jej brzuchu. Raptownie usiadła na łóżku i rozejrzała się za agresorem. Podejrzewała, że poduszka nie zaatakowała jej z własnej woli.
Nie musiała się długo rozglądać. Przed jej łóżkiem, w rozkosznej piżamie, stała Dorcas. Z uniesioną różdżką, więc widocznie szykowała się do kolejnego ataku.
- Dorcas, dość! – krzyknęła ochrypniętym głosem Lily.
- Wstałaś wreszcie.
- Bingo – mruknęła zirytowana Ruda.
- Co robiłaś…
- Która godzina? – przerwała Lily, rozglądając się za swoim mundurkiem.
- Siódma piętnaście. Co robiłaś…
- Gdzie jest moja spódnica? – zagadnęła znowu, ganiając po pokoju i kompletując strój.
- Pod szafą. Co robiłaś…
- A buty?
- Lily! – fuknęła Dorcas – Daj mi skończyć!
Lily, która właśnie była w trakcie wciągania rajstop, spojrzała na nią spode łba.
- Dobrze wiem o co chcesz zapytać.
- Więc dlaczego unikasz odpowiedzi? – odparła Meadowes, wpatrując się w nią intensywnie.
- Co masz do Jamesa? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Rudowłosa.
Z pewnością nie takiej odpowiedzi spodziewała się Dorcas. Raczej gęstych tłumaczeń.
- Ja? Yyy… nic, naturalnie – rzekła, bo co innego mogła jej odpowiedzieć…
- Więc w czym problem? – zapytała spokojnie Lily.
Brunetka rozejrzała się nerwowo po pokoju.
- W niczym. Kompletnie niczym.
Idąc do łazienki, rzuciła jeszcze przyjaciółce krzywe spojrzenie.
- Przejdzie jej – mruknęła Ann, wygrzebując się z pieleszy i leniwie przecierając oczy.
- Oby – westchnęła Lily – Idę na śniadanie. Chyba, że mam poczekać na ciebie?
- Nie… zdążysz zjeść zanim Dorcas wyjdzie z łazienki, więc…
***
- Cześć.
James podniósł głowę znad talerza i rozejrzał się niechętnie za właścicielką głosu. Siedzący obok niego Syriusz zrobił to z mniejszym ociąganiem, więc teraz wpatrywał się z nieukrywaną pogardą w dziewczynę stojącą tuż za plecami Pottera.
- Czego tu szukasz? – warknął Łapa.
Teraz i James przyglądał się dziewczynie, lecz on zupełnie nie rozumiał zachowania Syriusza.
Była przecież bardzo ładna – a to dla jego przyjaciela był powód zupełnie wystarczający, by być miłym.
- Darlene. Z Ravenclawu – dziewczyna zwróciła się do Rogacza, ignorując Łapę.
Odrobinę zaskoczony, James odwrócił się w jej stronę.
- Ee… James. Miło mi – z zawadiackim uśmiechem podał jej rękę – Ała! Syriusz, co ci? – krzyknął, kiedy tamten z całej siły kopnął go w goleń.
Syriusz rzucił mu mordercze spojrzenie.
- Przepraszam cię...yyy… Darlene, mój kolega jest trochę nieokrzesany.
- Wiem coś o tym.
- Masz jakąś sprawę… Darlene?
- Właściwie to propozycję…
Ale wtedy do Wielkiej Sali wszedł ktoś, to sprawił, że Jamesa przestało obchodzić, że Darlene dwoi się i troi, żeby go zainteresować. Nie miało znaczenia, że właśnie się do niego przysiadła i ukradkiem rozpina dwa guziki w bluzce.
- Cześć, James – powiedziała Lily zdawkowym tonem, skupiając się raczej na klejącej się do niego nieznajomej – Cześć, chłopaki.
- Jak się spało? – zapytał Syriusz, odwracając w końcu spojrzenie od Jamesa i Darlene.
- Wyśmienicie – odparła Rudowłosa.
Wciąż ukradkiem zerkała na Jamesa i tę piękną, kiedy smarowała sobie kanapkę dżemem.
Rogacz jednak albo nie zauważył spojrzeń Rudowłosej, albo umyślnie starał się je zignorować.
- Mamy dzisiaj razem szlaban, tak? – zagaił.
Z jego tonu dało się poznać, że niespecjalnie interesuje go, co Lily odpowie. Ważne, żeby odpowiedziała.
- Owszem – odparła od niechcenia i znów wbiła wzrok w towarzyszkę Jamesa - Przedstawisz mnie?
Chłopak zmarszczył czoło.
- Komu? – Darlene spojrzała na niego z wyrzutem – Aaa… To jest…
- Darlene. Z Ravenclawu – podpowiedziała mocno poirytowana Krukonka.
- Tak, tak. Darlene. Z Ravenclawu – powtórzył James roztargnionym tonem – A to Lily Evans.
Darlene uśmiechnęła się do Lilyann, lecz ta nie odpowiedziała jej tym samym.
- Miło mi – mruknęła po chwili.
Wyciągnęła podręcznik do numerologii. Nie podniosła wzroku z książki do końca śniadania.
Natomiast Darlene, po kolejnych pięciu minutach ignorowania jej przez Pottera, wróciła do swojego stołu z nietęgą miną.
Kiedy Krukonka znalazła się wystarczająco daleko, Syriusz mruknął do Jamesa:
- Ta dziewczyna to kataklizm na dwumetrowych nogach, uwierz mi.
by Paula
komentarze [22]
"O nieczułej Afrodycie i kalece słów kilka"
środa, 14 marca 2007
Lily odłożyła herbatę i podniosła się ze stołka, ale Hagrid z powrotem ją na nim posadził.
- Ja pójdę nakarmić kurczaki, a wy se tu pogadacie – odparł. Wychodząc, mrugnął jeszcze do Jamesa.
- Mam sobie pójść? – zapytał James, kiedy już zostali sami.
- Nie. Usiądź proszę – odpowiedziała dziewczyna, nerwowo obracając w rękach łyżeczkę do herbaty.
Ale nie poruszył się. Stał na środku izby i bezmyślnie wpatrywał się w łyżeczkę, którą trzymała w dłoniach. Gorączkowo starał się znaleźć jakieś sensowne wyjście z tej sytuacji.
Tę duszną cieszę, na jego szczęście, przerwał Pysio*, z impetem na niego wskakując. Chłopak prawie się przewrócił pod ciężarem cielska brytana. Zaśmiał się krótko i korzystając z okazji, odwrócił się i kucnął tyłem do Lily, by pogłaskać psa. Pysio zamerdał przyjaźnie ogonem.
„Nie ułatwiasz mi, James” – pomyślała Rudowłosa, wpatrując się w jego plecy.
Nie miała pojęcia, jak zacząć. Na myśl przychodziło jej tylko jedno słowo...
- Potter?
Uśmiechnął się pod nosem, dalej machinalnie drapiąc psa za uszami.
- Tak szczerze mówiąc... myślałem, że już nigdy tego z twoich ust nie usłyszę – stwierdził.
- Bawi cię to?
- Trochę – przyznał po chwili milczenia, wciąż na nią nie patrząc – To tak jakbyśmy wrócili do punktu wyjścia, nie uważasz?
Lily zaczęła obracać łyżeczkę jeszcze bardziej nerwowo.
- Czy... Chciałbyś pewnie, żeby było jak dawniej – bardziej zapytała, niż powiedziała.
Spojrzał na nią przez ramię.
-
Jak dawno?
Policzki dziewczyny oblał niechciany, szkarłatny rumieniec. Podobał mu się ten widok. Wyprostował się w końcu i usiadł naprzeciw niej. Popatrzył na nią wyczekująco, przez co policzki Lilyann nabrały barwy buraczkowej.
- No... – zaczęła niezgrabnie, wbijając wzrok w blat stołu – Jak w minione wakacje. Prawda?
Dopiero teraz podniosła na niego wzrok. Zauważyła, że przez twarz chłopaka przeszedł dziwny cień.
- Nie – odparł twardo – To wcale nie był krok do przodu...
Przygryzła dolną wargę, jak to miała w zwyczaju. Tym razem jednak nie był to wyraz zmieszania. Bardziej czegoś pomiędzy gorzkim zawodem i zimną determinacją.
- W takim razie życzę miłej
drogi - uśmiechnęła się nienaturalnie - Nie wiem jak ty, ale ja teraz
pójdę do zamku.
Jednak Rogacz stanął w drzwiach.
- Pozwól mi skończyć – powiedział głosem spokojnym, ale nie znoszącym sprzeciwu.
- To masz do powiedzenia coś jeszcze ciekawszego? – zakpiła.
- Lily...
- Co ‘Lily’? – przerwała – Przesuń się, proszę.
Spróbowała przejść, ale znów zablokował jej drogę.
- James – fuknęła – nie zachowuj się jak...
- Dzieciak? – wpadł jej w słowo, patrząc na nią znacząco zza szkieł okularów.
- Tak! Jak...
Wypuściła ze świstem powietrze. Spojrzała na niego rozbawiona.
- Masz rację – stwierdziła po chwili.
- Przepraszam, bo nie dosłyszałem. Mogłabyś powtórzyć?
- Masz rację, James.
Wyszczerzył do niej zęby. Taka odpowiedź z całą pewnością go nie satysfakcjonowała.
- Nie rozumiem – odparł, robiąc przy tym bardzo głupią minę – W czym mam rację?
- James! – oburzyła się – Czy ty się musisz nade mną tak znęcać?
- A jak myślisz? – odpowiedział pytaniem, uśmiechając się łobuzersko – Czekam – dodał, opierając się plecami o drzwi i zakładając ręce na piersi.
Mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem, a potem wyrecytowała:
- Masz rację, że
zachowywaliśmy się jak dzieci i że ten cały nasz spór to idiotyzm. Masz rację, że to co robimy jest bez sensu i że jestem rudą...
- ... upartą...
- ... upartą, zarozumiałą egoi...
- Ej, wystarczy, wystarczy – szepnął, zatykając jej dłonią buzię – Wiesz dobrze, że tak nie myślę, prawda?
Jako, że nie miała możliwości odpowiedzieć, pokiwała tylko głową. Puścił ją i spojrzał w te szmaragdowe oczy, napawając się myślą, że gdy na niego patrzy, nie czai się już w nich niechęć.
I pewnie postałby tak jeszcze dłuższą chwilę, gdyby nagle nie otworzyły się drzwi chaty. Nieprzygotowany na to, James poleciał do tyłu, obijając sobie boleśnie plecy na stopniu przed drzwiami i padł jak długi na murawę. Jęknął przeciągle, nie czując się na siłach, żeby wstać.
- Cholibka, James! Nie widziałem! W porząsiu? – zapytał gajowy z troską, pomagając mu wstać.
Zrobił to tak energicznie, że mało by brakowało, a doprowadziłby do drugiego nieszczęścia.
- Wszystko ok, Hagridzie – odpowiedział trochę bez przekonania, rozmasowując sobie plecy.
Spojrzał na skręcającą się ze śmiechu Lily.
- Jak możesz być tak nieczuła na moje cierpienie? – zapytał płaczliwym tonem, patrząc na nią z miną zbitego psa.
Na to Rudowłosa roześmiała się jeszcze bardziej.
Hagrid spojrzał znacząco na Jamesa, potem na Lily, w końcu znów na Jamesa. Chłopak pokiwał głową, wyraźnie zadowolony z siebie.
Gajowy odchrząknął i zwrócił się do Lily:
- Może trza by go zaprowadzić do Skrzydła Szpitalnego?
- Spokojnie, Hagridzie – odparła, podchodząc do nich – Ja się zajmę naszym kaleką.
I z impetem poklepała Jamesa po plecach. Chłopak zawył z bólu i wygiął się do tyłu jak kot.
Popatrzył na Rudowłosą wzburzony.
- Okrutna kobieto... – mruknął.
***
- Widziałeś Lily?
- Nie. Widziałaś Jamesa?
- Nie. Nie mam pojęcia, gdzie ona się podziała...
- Kto, Lily?
- No Lily, a kto? O Pottera się nie martwię, przecież on zawsze się gdzieś włóczy. Syriusz?
Nie doczekała się odzewu.
- Syri!
- Tak, kotku? – ocknął się z zamyślenia.
- Jesteś jakiś dziwny – stwierdziła Dorcas, przyglądając się mu badawczo.
Opadła swobodnie na fotel obok kominka i rozglądnęła się po pokoju wspólnym. Robiło się już późno i pomieszczenie powoli pustoszało.
- Nie wiesz gdzie ona może być? – zapytała po chwili.
Chłopak nerwowo poluzował krawat.
- Nie... ale chyba wiem dlaczego jej nie ma...
- Dlaczego? – zapytała natychmiast, patrząc na niego podejrzliwie.
- Od razu mówię, że to było nieporozumienie – uprzedził, uciekając przed świdrującym spojrzeniem swojej dziewczyny.
***
Było całkowicie ciemno, kiedy w milczeniu szli przez błonia w kierunku zamku. Zdawało się, że brak odzewu ze strony Gryfonów starają się zatuszować świerszcze, gdy dzwoniły wściekle w trawie.
Lily w tych ciemnościach widziała teraz jedynie niewyraźną sylwetkę Jamesa, jego białą koszulę, która teraz stała się granatowa i powiększające się z każdym krokiem, oświetlone okna Hogwartu. I gwiazdy. Miliony.
James wciąż udawał obrażonego, bo Lily tak brutalnie go potraktowała, ona zaś wyraźnie chciała mu coś powiedzieć, ale najwidoczniej nie potrafiła się zebrać w sobie.
- James? – zaczęła nieśmiało i zerknęła na chłopaka. – No, James, nie obrażaj się.
Wreszcie zaszczycił ją spojrzeniem.
- Słucham.
- Kiedy nasłałeś na mnie Blacka, co zresztą było infantylne i głupie...
- Ja wcale nie nasłałem na ciebie Łapy – zaprzeczył szybko – Nic o tym nie wiedziałem. Mi to też nie było zbyt na rękę, że załatwia moje sprawy za moimi plecami.
- Ale później powtórzył ci, co się stało, prawda?
- Zgadza się – przytaknął.
Zamilkła na chwilę. Wzięła głęboki oddech i zapytała głosem pełnym napięcia:
- I... co ci powiedział?
- Że próbował nas pogodzić – odparł, wzruszając ramionami – Podobno mówił też o mnie, że jestem niezrównoważony emocjonalnie, to prawda?
- Po części – bąknęła Lily.
- Wiesz co? Z grzeczności mogłaś zaprzeczyć! – powiedział z udawanym wyrzutem w głosie i zwichrzył sobie włosy.
- Ale tylko tyle ci powiedział, tak? – upewniła się.
- Mhm. Tyle zdążył. Później mu zwymyślałem, więc... jakoś nie miał okazji – przyznał.
W końcu odetchnęła. Czyli Black nie okazał się takim dupkiem, na jakiego wygląda. A może to był tylko szczęśliwy zbieg okoliczności i przy najbliższej okazji, kiedy Potter wspaniałomyślnie wybaczy mu tę niesubordynację... wtedy ten wyśpiewa mu wszystko jak na spowiedzi? O nie, do tego dopuścić nie może. To nie
tak James powinien się dowiedzieć i z całą pewnością nie
teraz...
- Nad czym tak myślisz? – zapytał po chwili rozbawiony Rogacz, widząc jej zmarszczone czoło.
- Ja?
- Nie, pytałem McGonagall. Nie widziałaś jak przechodziła? – zapytał, patrząc na nią uważnie.
- No co ty?! – rozglądnęła się nieprzytomnie po błoniach.
- No tak... – westchnął James - To musiałaś być naprawdę baaardzo zamyślona – stwierdził śmiertelnie poważnym tonem.
- Ale przecież, jak nas zobaczyła o tej porze... jak...jak...
Nie wytrzymał. Roześmiał się tak mocno, że aż zgiął się w pół.
- Och, James!
Dalej rechotał, kiedy otworzył cicho wielkie drzwi wejściowe i wpuścił ją do środka. Musiał wsadzić sobie pięść do ust, żeby jakoś się opanować i nie ściągnąć na nich Filcha. Przeklinał się w duchu za to, że nie wziął Mapy Huncwotów od Syriusza, kiedy wychodził, ale sam musiał przyznać, że okoliczności były wtedy dość niesprzyjające.
Weszli po schodach i skierowali się do długiego korytarza, wiodącego do Wieży.
- Zobaczysz, że zaraz zza tego rogu wypadnie Filch, wygłodniały z braku uczniów nad którymi możnaby się poznęcać... – jęknęła Lily, rozglądając się rozpaczliwie korytarzu.
- Eeee... bądź optymistką – szepnął beztroskim głosem – Szansa, że wpadniemy na niego, jest prawie zerowa... jeśli wszystko pójdzie gładko.
- A jeśli nie pójdzie gładko? – zapytała niepewnie.
- Yyy... Bądź optymistką – powtórzył – bo wtedy to prawdopodobieństwo wzrasta o 90 procent.
- Dziękuję ci, bardzo mnie pocieszyłeś.
- Zawsze do usług.
Białe zęby chłopaka błysnęły w ciemności.
W tym momencie Lily stanęła jak wryta.
- Cholera.
- Co? – zapytał natychmiast, przerzucając wzrok z Lily na coś, w co z przerażeniem wpatrywała się dziewczyna. Na końcu korytarza świeciły żółte oczy Pani Norris.
- Cholera – mruknął.
- Cieszę się, że się ze mną zgadzasz, ale może byś coś zrobił? – szepnęła gorączkowo, czując, że ogarnia ją panika.
- Wiejemy.
Chwycił ją za rękę i pociągnął w przeciwnym kierunku. Trzeba wiedzieć, że biegał bardzo szybko (nabiera się doświadczenia, gdy przez sześć lat nocnych eskapad ucieka się przed woźnym), czego nie można było powiedzieć o Lily (ona te sześć lat wolała spędzić nad podręcznikami).
Po trzech minutach tego szaleńczego maratonu Rudowłosa straciła orientację w terenie i dech w piersiach.
I wtedy chłopak zatrzymał się raptownie i rozejrzał. Przyjrzał się w skupieniu wielkiemu arrasowi wiszącemu na ścianie.
- Co my robimy? Czemu stoimy? – wydyszała Lily, schylając się i opierając ręce na udach, by złapać oddech.
Ale nie dane jej było odpocząć. James energicznie odsunął arras, za którym ukazał im się mroczny korytarz z wąskimi, stromymi schodami prowadzącymi ku górze i ponaglił ją, żeby weszła.
-
Lumos - mruknął - A teraz na górę, szybko.
- Ale gdzie te schody prowadzą? – zapytała, wbiegając po stopniach.
- Szybciej, szybciej.
Miała dość. Opadła na stopień, przykładając gorące czoło do kamiennej ściany.
- James, daj spokój, poczekajmy tutaj, przecież...
- To nienajlepszy pomysł – stwierdził rzucając w dół schodów nerwowe spojrzenie – Filch zna to przejście.
- Co?!
- On zna wszystkie przejścia w tym zamku, a ja nie mam mapy, więc byłabyś łaskawa podnieść swoje zgrabne pośladki z tego schodka – wytłumaczył jej lekko rozbawiony - i ruszyć do góry?
- Jakiej mapy? I czemu się szczerzysz?
- Nieważne jakiej mapy – odpowiedział szybko - A dlaczego się szczerzę? Bo to uwielbiam!
- Jesteś stuknięty – podsumowała, podnosząc się i znów zaczęła maszerować w górę.
- Spostrzegawcza jesteś – odparł, wyprzedzając ją bokiem – Będę czekał na górze, jakby co dam ci znać.
I zniknął, zostawiając ją samą Bóg wie gdzie.
-
Lumos - szepnęła i podążyła za nim, trochę się ociągając.
Zastała go na samym szczycie schodów, gdy zerkał przez uchylone drzwi na korytarz. Nie wiadomo, czy najpierw dosłyszał jej kroki, czy głośne sapanie, ale dał jej znak ręką, żeby się pospieszyła.
- Zaraz grzecznie odstawię pannę do dormitorium – szepnął, otwierając drzwi szerzej.
- Kurcze, przecież już jesteśmy w Wieży...ale jak?!
Uśmiechnął się tajemniczo.
- Czary.
- Czary... A tak nawiasem, to czemu się tak przejąłeś? – zapytała, już spokojnie, gdy od portretu Grubej Damy dzieliło ich już tylko parę kroków - Przecież dla ciebie randki z Filchem to już chleb codzienny.
- Dla mnie tak – przytaknął – A dla ciebie? No właśnie. Ja tylko dbam o twoją reputację, Lily.
Już otwierał usta, by wypowiedzieć hasło, kiedy zorientował się, że:
- Już po północy?
Rudowłosa zerknęła na zegarek.
- Tak.
- Czyli zmieniło się hasło?
- Tak – odpowiedziała, uśmiechając się.
- Ale ty znasz to nowe hasło, nie? – zapytał z lekką obawą w głosie.
- W końcu po coś jestem Prefektem Gryffindoru – oświadczyła wyniośle.
Czyjeś kroki odbiły się echem po korytarzu, a James zaklął tak szpetnie, że Rudowłosa spojrzała na niego oburzona.
- Potter! Tak myślałem, że tak czy inaczej tutaj cię znajdę – usłyszała po chwili charczący głos nad swoim prawym uchem.
Odwróciła się natychmiast, a kolana miała jak z waty.
- I Evans! Rozkosznie – podsumował ironicznie.
Dał im znak, żeby za nim poszli i ruszył w kierunku lochów.
Lily dreptała pierwsza, przygarbiona i z nisko spuszczoną głową. Nawet nie chciała myśleć o minie McGonagall, kiedy ta dowie się o wszystkim.
Natomiast Rogacz dość nieudolnie starał się ukryć, jaką ma uciechę z całej tej sytuacji... i nie byłby sobą, gdyby pozwolił swobodnie toczyć się wypadkom.
***
Dobrze wiedział, gdzie oboje są.
Od początku.
Śledził ich poczynania na Mapie Huncwotów odkąd spotkali się w chacie Hagrida. Nie miał zamiaru im przeszkadzać, a tym bardziej dopuścić do tego, żeby ktoś inny, na przykład Dorcas, im przeszkodził. Bo ta, gdyby dowiedziała się, że Lily przybywa aktualnie w towarzystwie Rogacza, pewnie poleciałaby ratować ją z opresji. Nie mógł się nadziwić, jak mało ona wie o kobietach...
Przecież robił to dla ich dobra, nie można zaprzeczyć.
No i dla siebie, bo miał już dość Rogatego, który potajemnie wzdycha do swojej Rudowłosej Afrodyty.
Zawahał się na chwilę, kiedy zorientował się, że zmierzają w kierunku jaskini Filcha, ale po chwili zastanowienia stwierdził, że wspólny szlaban może bardzo zjednoczyć.
- Będziesz mi jeszcze wdzięczny, Rogasiu – szepnął.
- Co tam mruczysz? – zapytała rozdrażnionym tonem Dorcas.
Chodziła tam, i z powrotem po pokoju wspólnym, wyginając sobie palce pod bardzo dziwnymi kątami.
- Gdzie jest Lily? – zapytał ktoś.
To zaniepokojona nieobecnością dwóch współlokatorek Ann wystawiła głowę przez drzwi dormitorium.
Black spojrzał na dziewczynę z ukosa, wzruszył ramionami i powrócił do studiowania mapy. A minę miał przy tym taką, jak moja siostra, kiedy ogląda swoją ulubioną operę mydlaną (tak nawiasem, robi to z największym zainteresowaniem, a to naprawdę godne podziwu – przyp. aut.).
Ann, schodząc po schodach, naciągnęła na piżamę szlafrok. Szybkim krokiem podeszła do znerwicowanej przyjaciółki. Obie, zaaferowane, zaczęły coś między sobą szeptać.
***
- Widzę, że to dla ciebie bardzo zabawne – szepnęła Lily do Jamesa.
Zauważyła, że chłopak krocząc za Filchem prawie podryguje.
- Bo to jest zabawne – odparł Potter beztrosko.
Lily uniosła teatralnie oczy do sufitu.
Woźny obejrzał się i zmierzył podejrzliwie Pottera wzrokiem.
- Potter, do przodu – rozkazał Filch po chwili zastanowienia.
Jamesowi mina trochę zrzedła. Wyprzedził Lily i woźnego, nawet nie kryjąc swojego rozczarowania...
...nie wiedział jednak, że pomysł, który przyszedł mu do głowy, miała zamiar wprowadzić w życie także jego Rudowłosa Afrodyta...
______________
* edit: z racji wcześniej popełnionej gafy, przechrzciłam psa. A dlaczego tak? Bo Hagrid ma skłonności do nazywania takimi absurdalnie niewinnymi imionami swoich 'całkowicie niegroźnych', włochatych ulubieńców.
by Paula
komentarze [34]
"Lepiej być kretynem"
sobota, 24 lutego 2007
Darlene Stuff. Zawsze przymilali się tylko do niej. Ją przepuszczali w drzwiach. Jej pożyczali notatki z historii, bo ona zawsze na lekcjach profesora Binnsa miała... ciekawsze zajęcia. Kiedy chciała usiąść, zwalniały się wszystkie fotele w pokoju wspólnym. A ona tak się nimi zabawiała. Nie zauważali tego, bo samo jej spojrzenie było dla nich wydarzeniem, o którym później mogli opowiedzieć kumplom. Jacy oni byli naiwni. Jacy ślepi.
Oczywiście nigdy jej nie powiedziała, co o niej myśli. Obraziłaby się przecież. I szara Thery znowu zostałaby sama.
- Mała, przesuń się – warknął na nią jakiś dryblas. Nie znała go, ale dla niej było to już na porządku dziennym. Do Wieży wchodziła większość, co bardziej uprzywilejowanych, adoratorów Darlene.
Tym bardziej nie zdziwiło jej to, że do pomieszczenia wpadł Syriusz Black. Sporo się o nim nasłuchała po ostatniej jego randce z przyjaciółką.
O samym delikwencie mniemanie miała co najmniej takie same jak o pannie, do której przyszedł. Dobrze wiedziała o jego ciągnącym się związku z tą Gryfonką, Meadows.
Darlene też o nim wiedziała, więc postanowiła coś z tym zrobić. Bo trzeba wiedzieć, że nie miała w zwyczaju być ‘tą drugą’. Nie lubiła się ukrywać, informacje o wybrankach jej serca rozchodziły się błyskawicznie. A od swojego chłopaka oczekiwała całkowitego oddania i wierności. Co niekoniecznie działało w dwie strony.
A co sprawiało, że mogła sobie na to pozwolić?
Tyle razy pytano ją, czy ma w rodzinie wilę. Nie, zawsze zaprzeczała. Jedni jej wierzyli, inni nie. Jedno było pewne - była cholernie ładna.
- Pozwól na chwilę – powiedział Black zimno.
Nawet na nią nie patrząc, chwycił ją pod łokieć i zaciągnął bardziej ustronne miejsce.
Kilku chłopców, siedzących w sąsiednich fotelach, poderwało się z miejsc. Darlene pokręciła dyskretnie głową. Usiedli, wbijając w Blacka zazdrosne spojrzenia.
Thery nie słyszała o czym mówią.
Brunet był widocznie wkurzony. Coś podobnego... Patrzył na nią wrogo, świdrował błękitnymi oczętami. Mówił powoli i dosadnie. A ona słuchała. Początkowo z lekkim, kpiącym uśmieszkiem, potem potulnie.
Skończył mówić. Coś odburknęła i przysunęła się, by go pocałować. Nie pozwolił jej. Ruszył do wyjścia, a ona mogła już tylko wbić w jego plecy oburzone spojrzenie.
Chyba zaczynam lubić tego chłopaka... - pomyślała Thery.
Panna Stuff rozejrzała się po pomieszczeniu. Większość oczu skierowana była właśnie na nią. Przeważnie jej to nie przeszkadzało, lecz teraz warknęła:
- Czego się gapicie?!
Odrzuciła do tyłu długie, kasztanowe włosy i ruszyła w jej kierunku.
- Thery, idziemy do dormitorium – poinformowała ją.
- Czy on sprawił ci przykrość? – zapytał siedzący obok Thery dryblas ckliwym tonem – Mam dać mu nauczkę? – dodał, chwytając na różdżkę.
Dziewczyna chwilę się zawahała.
- Innym razem – odpowiedziała – Chyba, że nie możesz się powstrzymać.
- Nie mogę – odparł, szczerząc bezczelnie zęby.
Pognał do wyjścia, energicznie pchnął portret i ruszył za niegodziwcem.
Nikt nie wiedział, dlaczego po sześciu godzinach wciąż go nie było. Koledzy znaleźli go nazajutrz, w Skrzydle Szpitalnym. Nie chciał się przyznać dlaczego wciąż musi leżeć na brzuchu. Wątpliwości rozwiała pani Pomfrey, przynosząc kolejną porcję lodu na jego pośladki.
***
Po subtelnej interwencji Syriusza cała sprawa ucichła. Dorcas cieszyła się swoim szczęściem, nie zwracając już uwagi na świdrujące spojrzenia Stuff podczas Zaklęć. Tak, jak prosił ją Syriusz, po prostu uwierzyła. Nie dawał jej powodów do wątpliwości, więc dlaczego miała się zamartwiać?
***
- Ann?
Popatrzyła na nią zaniepokojona. Dziewczyna od dwudziestu minut wpatrywała się w schemat faz księżyca i ich wpływu na działanie eliksirów. Lily stwierdziła, że nie był aż tak skomplikowany, żeby poświęcać mu tyle uwagi. Więc jej przyjaciółka najwyraźniej miała dużo do myślenia. Pytanie, o czym? A może... O kim?
- Ann? – powtórzyła swoje pytanie.
Blondynka spojrzała nią nieprzytomnym wzrokiem.
- Jak miło znów cię widzieć – zagaiła ironicznie Lily.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Mówiłaś coś?
- Owszem. Pytałam cię, notabene trzy razy, czy pomożesz mi z esejem na transmutację. – odpowiedziała powoli.
- Ale przecież już napisałaś – odparła Ann, patrząc na zapisany wąskim, schludnym pismem pergamin.
- Tak, ale brakuje mi jeszcze calusieńkiej stopy, a kompletnie nie mam pojęcia... Ann, słuchasz mnie?
Tym razem dziewczyna zawiesiła wzrok na obrazie nad kominkiem.
- Nie mam już do ciebie nerwów, wiesz? Idę do biblioteki – oznajmiła.
A po chwili dodała:
- Jeśli mnie słyszysz.
„Zakochana, czy jak?”
Skoro świat zwariował, to ona zaszyje się w bibliotece. Zakochani nigdy nie chadzają do biblioteki, więc będzie miała spokój. Spędzi cudowne popołudnie, wodząc nosem po zakurzonych kartkach ksiąg,. Zapowiada się cudowne popołudnie.
Lily, nie zrzędź teraz, sama się o to prosiłaś
Że niby o co?
Wczoraj o mało nie wydrapałaś oczu Syriuszowi, kiedy całkiem słusznie porównał twoją minę...
No dobrze... złe pytanie. Tylko zauważyłam, że to zaczyna mi sprawiać przyjemność.
Co? Cynizm czy wydrapywanie oczu?
I jedno i drugie. A może to, że...
...gadasz sama ze sobą?
Weszła do przesiąkniętej senną atmosferą biblioteki. Ruszyła powoli między regałami, delektując się ciszą. Drobinki kurzu zabawnie tańczyły pod starym świecznikiem wiszącym przy ścianie, który rzucał słabe światło na poszarpane grzbiety książek nieopodal. Pod tym świecznikiem, w najodleglejszym kącie biblioteki stał piękny rokokowy stolik. Mimo, że miał wyłamaną nogę, stał prosto, jak należy. Jakby jakaś niewidzialna siła utrzymywała go we właściwej pozycji. I to właśnie Lily w nim uwielbiała.
I dopiero kiedy usiadła przy nim i oparła łokcie na mahoniowym blacie, zorientowała się, że nie wzięła książek, pergaminu... nie wzięła niczego co mogłoby jej posłużyć do odrobienia zadania z transmutacji.
Pięknie...
Nawet nie chciało jej się wracać.
Kiedyś potrafiła tu siedzieć dopóki nie wygoniła jej bibliotekarka... albo dopóty, póki nie wpadł tu, pod bzdurnym zresztą pretekstem, Potter...
Pomyślała sobie, że właściwie jej to odpowiadało... teraz omijał ją szerokim łukiem. Poza tym, on na pewno pomógłby jej w transmutacji, był mistrzem w tej dziedzinie, choć na lekcjach (tylko na lekcjach) się z tym krył, żeby przypadkiem nie zostać posądzonym o nadgorliwość.
Wyrwała się z zamyślenia dopiero wtedy, gdy do biblioteki wpadła grupka roześmianych Puchonek.
Może jednak wróci po te książki?
W tym momencie do biblioteki wpadł Syriusz. W ręce trzymał jakieś podręczniki, co było dość niecodziennych widokiem. Zdecydowanym ruchem odgarnął opadającą na twarz grzywkę i rozejrzał się po sali. Zauważył Lily między regałami i ruszył ku niej z dziwnym wyrazem twarzy. Coś go rozbawiło, ale za wszelką cenę starał się to zamaskować. A w oczach czaiła się dzika chęć... poplotkowania.
Po chwili książki, które przed chwilą trzymał chłopak, wylądowały z głuchym pacnięciem na blacie stolika.
- Cześć, Ruda – rzekł, susząc do niej zęby.
Spojrzała zaskoczona najpierw na stos książek, a potem na Łapę.
- A może by tak jakieś magiczne słówko, co, Lily? – powiedział po chwili, burmusząc się i niecierpliwie tupiąc nogą.
- Dzi...ękuję – wydukała Lily – Czemuż to zawdzięczam ten przypływ serdeczności, Syriuszu?
- Inwestuję w przyszłość Remusa – odparł.
Lily uniosła wysoko brwi.
- No bo słuchaj – usiadł naprzeciw niej przy stole z wyłamaną nogą i nachylił ku niej głowę – Idę sobie spokojnie po...no, nieważne po co sobie szedłem... ale tu widzę, jak Ann z Remusem idą rozćwierkani korytarzem, Ann niesie jakieś podręczniki... Więc ich dogoniłem... zresztą Lunatyk chyba nie był zachwycony moją obecnością...
- Konkrety, Łapo – ponagliła go Rudowłosa.
- Aleś ty niecierpliwa... Zapytałem Ann, gdzie się wybierają, a ona mi powiedziała, że idzie ci zanieść książki do transmutacji...
- Kochana Ann... – uśmiechnęła się Ruda.
- Remus – ciągnął Syriusz – robił przy tym takie miny, że w końcu zajarzyłem, że chce z nią być sam. No to wspaniałomyślnie jej zaproponowałem, że ją wyręczę.
- Och, jakie to szlachetne – mruknęła Lily. – Coś jeszcze?
Black spuścił na chwilę wzrok. Kiedy znów na nią spojrzał, nie miał już na twarzy cwaniackiego uśmiechu.
- Chciałem pogadać o Jamesie – zaczął.
-Muszę w końcu skończyć ten esej – odparła szybko Lily i chwyciła za pióro. Syriusz zręcznie złapał ją za przegub.
- Lily...
Dziewczyna przygryzła dolna wargę i odłożyła w końcu pióro. Oparła się wygodnie na krześle, zakładając ręce na piersi.
- Przysłał cię tu? – zaczęła wojowniczym tonem, rzucając mu ostre spojrzenie.
- Nie, skąd – prychnął – Ale trafia mnie, kiedy robi to co robi.
- A co robi? – zapytała, już spokojnie.
- Zarzeka się, że ma ciebie dość, że się bez ciebie obejdzie... że to było dawno i nieprawda...
Lily już otwierała usta, żeby się wtrącić, ale ją uciszył.
- A jednocześnie wbija w ciebie to swoje maślane spojrzenie zawsze kiedy nie patrzysz. Nawet ja to zauważyłem. I ani myśli, żeby spojrzeć na kogo innego... Skoro nie interesuje go nawet Darlene... To świadczy tylko o jednym. Ale gdybyście oboje nie byli tacy uparci...
- Skończyłeś? – zapytała zniecierpliwiona. Przytaknął.
- Więc pozwól, że zajmę się transmutacją.
Spuściła wzrok na pergamin i dopisała jedno zdanie.
- Lily, do cholery!
Zaskoczona podniosła na niego wzrok.
- Ile tak wytrzymasz, co? – zapytał po chwili, wbijając w nią przenikliwe oczy. – A ile on wytrzyma? Pamiętasz w ogóle, o co wam poszło?
Milczała.
- Nie chodzi mi nawet o to – kontynuował powoli – żebyś z nim była. Tylko żebyście zaczęli NORMALNIE ze sobą rozmawiać.
- Jemu to powiedz – odpowiedziała zimno.
- Lily... nie zachowuj się jak pierwszoroczniak.
- I kto to mówi? Syriusz Black, który...
- No dobrze, nie kończ. Chodzi mi o to, że wystarczy twój jeden ruch, żeby wszystko było po staremu, ale on pierwszy nie ustąpi.
- Właśnie – bąknęła – Widocznie mu na mnie nie...
- Tu nie chodzi o to, czy mu na tobie zależy, czy nie, bo wiesz, że zależy mu cholernie. Wy, kobiety nigdy tego nie zrozumiecie – uśmiechnął się szelmowsko.
- Oświeć mnie.
- Tu chodzi o DUMĘ – odpowiedział tonem znawcy, akcentując ostatnie słowo.
- A może raczej o przerośnięte EGO? – poprawiła.
Syriusz wypuścił ze świstem powietrze.
- Wygrałaś.
Rudowłosa uśmiechnęła się tryumfalnie.
- Wygrałaś – powtórzył – ale to nie zmienia faktu, że możesz się z nim pogodzić.
- Nie wiem czy chcę. – odpowiedziała cicho i odwróciła wzrok.
- Dlaczego?
- Bo dopóki trzymam się z daleka od Pottera, mam pewność że utrzymam emocje na wodzy.
- Ale zdajesz sobie sprawę, że to beznadziejnie bezsensowne? – posumował, uśmiechając się krzywo.
- Wy mężczyźni nigdy tego nie zrozumiecie – odparła, starając się odwrócić wszystko w żart.
Ale on nie dał się zwieść.
- To powiedz mi, o co wam wtedy poszło?
- Nie. Nie chodzi o to o co nam poszło!
- A o co chodzi?! – zapytał napastliwym tonem.
- Ugh!
Lily zerwała się ze stołka i szybkim krokiem ruszyła ku wyjściu. Nie zdążyła jednak przejść czterech kroków nim wpadła na jakiegoś chłopaka.
- Przepraszam – bąknęła.
Niestety nie zamierzenie znalazła się w ramionach ostatniej osoby na którą chciała wpaść.
Nie odezwała się już ani słowem. Wyrwała się z objęć niemniej zaskoczonego Jamesa i rzuciła Blackowi na pożegnanie pełne wyrzutu spojrzenie.
Wybiegając w biblioteki, usłyszała jeszcze wołanie Syriusza:
- Lily, to nie tak!
To nie tak? To nie tak? A ona tak chciała się wygadać. Nie domyślała się, co Syriusz kombinuje! Przecież on zawsze coś kombinuje, powinna to była widzieć po 6 latach znajomości! I wszystko się wyda. Black wszystko wyśpiewa swojemu kompanowi. O ile James sam wszystkiego nie usłyszał, czając się między regałami.
Czy oni zawsze musza być tacy dziecinni? Sam mógł do niej podejść, a nie wysyłać Blacka!
Pytanie tylko, czy by go wtedy wysłuchała.
Nie cierpiała zachowywać się jak rozkapryszona panienka, co ostatnio zdarzało się jej tak często. Nie potrafiła inaczej.
Normalna Lily zostałaby w bibliotece i wygarnęła obu panom.
Ona tymczasem pędziła teraz przez szkolne błonia do chatki Hagrida, żeby... no właśnie, żeby co? Wyżalić się na nich? Poskarżyć?
Zabębniła pięścią w drzwi chatki. Otworzyły się po dłuższej chwili.
- Lily! – huknął Hagrid, klepiąc ją po plecach tak mocno, że o mało jej nie przewrócił – Ze trzy miesiące cię tu nie było!
- Tak jakoś wyszło – odparła, rozmasowując plecy.
Odsunął się, by przepuścić ja przez próg.
Spojrzenie Lily momentalnie powędrowało na stół, na którym leżał jakiś wielki, wypatroszony ptak.
- Cholibka, trocheś mnie zaskoczyła, Lily – rzekł, zakłopotany, gorączkowo strzepując pióra z blatu.
Uśmiechnęła się. Była przyzwyczajona do takich widoków, bardzo często tu bywała. Widywała tu i udomowione gnomy, i chochliki, które zamiast niszczyć i demolować, częstowały ich herbatą. Tak, Rubeus zawsze miał dość specyficzne podejście do stworzeń, których inni czarodzieje unikali jak ognia.
Usiedli przy stole. Hagrid poczęstował ją herbatą i ciastem, którego spróbowała jedynie przez grzeczność.
- No, Lily, jak w szkole? – zapytał patrząc na nią serdecznie.
- Dobrze – mruknęła wymijająco.
- Coś mi się wydaje, że nie – odparł gajowy, przyglądając się jej z troską – Powiedz mi, to znowu ten nicpoń?
Lily bez słowa pokiwała głową.
- Jeszcze herbatki?
- Dziękuje, Hagridzie.
- To teraz mi powiedz, co znowu zmajstrował – rzekł, przeczesując palcami gęstą brodę. W ciemnych oczach płonęły radosne iskierki.
- Hagridzie! Nabijasz się ze mnie! – oburzyła się.
- Ja? Ja po prostu wiem swoje. Cokolwiek by on nie robił, to pasujecie do siebie jak dwie połówki dyni.
- Jak co? – uśmiechnęła się – Jeśli już to jabłka, JABŁKA, Hagridzie. Co oczywiście jest nieprawdą – dodała szybko.
Olbrzym roześmiał się rubasznie.
- Na pewno?
Teraz i ona nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Może rzeczywiście robiła z igły widły?
***
Kiedy Syriusz wyłożył mu całą sprawę, rozumiał z niej jeszcze mniej niż wcześniej.
Ale z tego, co zrozumieć zdołał, wynikało, że wcale nie jest w takiej złej sytuacji, jak mu się wydawało.
Co prawda Lily uważała go za kompletnego kretyna i tchórza, a to przede wszystkim dzięki subtelnej interwencji Łapy...
Ale ostatecznie lepiej być kretynem, niż nie być nikim – myślał, idąc z butelką Ognistej do chatki Hagrida. Z racji tego, że formalnie oświadczył Syriuszowi... może darujmy sobie to, co mu oświadczył, w każdym razie – nie miał ochoty spędzać z nim tego wieczoru.
Postanowił znaleźć sobie innego towarzysza niedoli, tymczasem Remus wolał towarzystwo Ann, zaś Peter miał za słabą głowę.
Zapukał do drzwi. Nic. Zapukał raz jeszcze. Dalej nikt nie odpowiadał. Zawahał się chwilę, ale nacisnął na klamkę i uchylił drzwi.
Poczuł się jakby coś wielkiego wpadło mu do żołądka. Postanowił się szybko wycofać, jednak próbę ucieczki udaremnił mu Kieł, który zaszczekał radośnie na jego widok.
Dwie pary oczu zwróciły się w jego kierunku.
- Yyyy... cześć. – bąknął, czochrając sobie włosy – P-pukałem ale nikt nie otwierał...
- To ja może już sobie pójdę.
Lily odłożyła filiżankę herbaty i podniosła się ze stołka, ale Hagrid z powrotem ją na nim posadził.
- Ja pójdę nakarmić kurczaki, a wy se tu pogadacie – odparł. Wychodząc, mrugnął jeszcze do Jamesa.
- Mam sobie pójść? – zapytał, kiedy już zostali sami.
- Nie. Usiądź proszę – odpowiedziała, nerwowo obracając w rękach łyżeczkę do herbaty.
by Paula
komentarze [34]
"Poznaj Rogatą"
wtorek, 23 stycznia 2007
6 września ‘77
Drogi pamiętniku.
Prawdopodobnie już na dobre zapomniałeś kim jestem. Ale nie miej do mnie żalu, po prostu łatwiej było mi nie myśleć, a zapisywanie pustych kartek pergaminu niezaprzeczalnie mnie do tego zmuszało. Ale wczoraj powiedziałam sobie – do czego cię to, kochana, doprowadziło?
Otóż, uogólniając – na własne życzenie zostałam sama, na dodatek początkowo wmawiając sobie, że tak jest lepiej.
( I nie chcę znać Twojego zdania na ten temat.)
***
- I wiesz, co ja jej wtedy powiedziałem? – szepnął podekscytowany Syriusz.
Prawdopodobnie oczekiwał teraz, że usłyszy pomruk zniecierpliwienia Jamesa, po którym to mógłby kontynuować swoją przejmującą historię, jednak jedyny problem tkwił w tym... że go nie usłyszał.
Rogacz siedział w ławce pozornie tylko wpatrując się w zawiłe regułki. W rzeczywistości obchodziły go nie więcej, niż te beznadziejnie zwyczajne chmurki przemykające po wrześniowym niebie; albo durna, mała sówka, dobijająca się do okna w klasie. Albo...
Ale zaraz, przecież to była jego durna, mała sówka...
- James! Mógłbyś wrócić na ziemię? Tam na górze może i masz sprzyjający podejmowaniu życiowych decyzji klimat, ale tu jeszcze parę spraw do załatwienia... nieprawdaż?
- Eeee... na przykład? – mruknął wyrwany z zamyślenia Rogaty.
- Na przykład, czy nie uważasz, że powinieneś coś zrobić z ta upierdliwą sową?
- A tak, sowa.
Potter spojrzał badawczo w kierunku Flitwicka. Staruszek, nie zważając na brak zainteresowania słuchaczy, opowiadał im o zaklęciu
Impendimento.
James wstał bezszelestnie i podbiegł do okna.
23:30 Pokój Życzeń.
„A gdzie podpis?”
- Pfff...
Wrócił zawiedziony do ławki.
- No i? – szepnął do niego Łapa.
- Kolejna randka w ciemno. – odburknął mu z ironią Potter.
- W życiu nie widziałem kogoś, kto by to przyjął z takim entuzjazmem...
- Pfff...
- Czyżby deja vu?
- Co?
- Rozjuszona kotka. – mruknął.
Przyjaciel wbił w niego gniewne spojrzenie. Nie takiej reakcji spodziewał się Black.
- Przepraszam, to było głupie. – szepnął po chwili.
***
- Pójdziesz, Casanovo?
- Nie.
- Dlaczego nie?
- Nie bądź upierdliwy, Syriuszu. – burknął James.
- Dlaczego? – drażnił się z nim, widząc, że przyjaciel jest już na granicy wytrzymałości. A jak wiadomo, najlepiej kuć żelazo, gdy jest gorące...
- Dlaczego masz nie być upierdliwy, czy dlaczego nie pójdę? A może dlaczego nie jestem Casanovą?
- Yyy.... Cóż, może zacznij od początku.
- Nie pójdę, bo nie jestem samobójcą. – wyjaśnił mu.
- Rogaczu, czy ty się aby nie przeceniasz?
- Nie rozumiem.
- Nie myślę, żeby twoje wielbicielki były aż tak zdesperowane, żeby stanowiły zagrożenie dla twojego życia. – zauważył ironicznie. Popatrzył na Jamesa, jakby chciał mu powiedzieć: „Przecież nie jesteś mną”.
- Jak ty nic nie kapujesz! – odparł James, rzucając się na ulubiony fotel w Pokoju Wspólnym. – To wcale nie musi być dziewczyna. Nie ma podpisu. Nie ma nic, oprócz daty i miejsca. Czy to ci się nie wydaje podejrzane?
- E... może jest nieśmiała...
- A może to Malfoy...
- No co ty, Malfoy jest bardzo heteroseksualny, nie myślę...
- Uh! – warknął Potter, łapiąc się za głowę – Skup się. Czy to takie trudne? Już, jesteś w stanie mnie wysłuchać?
- Stary, ale ja doskonale wiem, o co ci chodzi, tylko uważam, że przesadzasz. – odpowiedział mu spokojnie.
Przez dziurę w ścianie, wgramolili się do pomieszczenia Remus i Glizdogon.
- No co jest?
- O, Remus! Dobrze, że jesteś. Poznaj Rogatą. To nasza nowa koleżanka. – posłał krzywe spojrzenie w stronę Jamesa.
- Łapo, ile dzisiaj wypiłeś? – zapytał Lupin.
- Ja? Jeszcze nic. Ale chyba będę musiał, bo z mojego kumpla robi się panienka.
- O co mu chodzi? – skierował pytanie tym razem do Jamesa.
- Ten idiota chce się mnie chyba pozbyć. Wysyła mnie na jakąś chorą randkę w ciemno. W dodatku nie wiadomo, czy z kobietą.
- Co proszę?! – zapytał, może trochę za głośno, Peter.
- Mówiłem ci, że on się przecenia. – wtrącił się Syriusz.
- Chyba nie masz zamiaru iść, James? – spojrzał na Jamesa wymownie.
- Lunatyku! I ty przeciwko mnie? Niechże się chłopina rozerwie!
- I to dosłownie...
- Mam w sypialni trzy panienki.
- Hej, a co mi do tego? – krzyknął Glizdogon.
Syriusz tylko uśmiechnął się pod nosem. Podniósł się z fotela.
- Gdzie? – zapytali jednocześnie.
- Jeżeli już mam spędzać czas z paniami, to wolę z tymi stuprocentowymi.
Podszedł do Dorcas i objął ją od tyłu, szeptając jej coś do ucha. Chwilę później dziewczyna oblała się szkarłatnym rumieńcem.
- Co mu jest? – mruknął Remus, unosząc jedną brew do góry.
- Hormony buzują... – rzucił lekko Potter, wbijając wzrok w roześmianą Lily.
***
6 września. C.d.
Drogi pamiętniku.
Tu nie da się zapomnieć. Nie w tym zamku. I nie o nim. Jak można zapomnieć, jeżeli on jest wszędzie? Chodzi po tych samych płytkach i siedzi na tych samych fotelach. Wcale mi nie ułatwia. Ja też sobie nie ułatwiam...łapię się na tym, że wciąż na niego patrzę. To nie jest normalne, przecież nie można chcieć jednocześnie dwóch wykluczających się rzeczy. Chyba, że sama siebie okłamuję...
***
Leżeli z głowami w poduszkach, starając się zagłuszyć te wszystkie bezsensowne myśli, które uniemożliwiały im zaśnięcie. Peter leżał tyłkiem do góry, z malowniczo rozrzuconymi po łóżku kończynami. Spał. Twarz Remusa przykryta była do połowy jakimś opasłym tomiskiem. Nawet mu to nie przeszkadzało.
James podniósł się na łokciu i spojrzał na swoich przyjaciół. Uśmiechnął się na ten widok.
- James? – szepnął Łapa, widząc, że jego przyjaciel nie śpi.
- Hmm...
- Sorry, byłem dzisiaj nieznośny.
- Racja.
- Może nie powinienem się wtrącać do twojego życia.
- Racja. – przytaknął, coraz bardziej rozbawiony jego skruchą.
- Ale...
- Wiedziałem, że jest jakieś ‘ale’...
- Intryguje mnie ten liścik...
- Słuchaj no – przerwał mu James.
- Ćsii... – syknął Black, patrząc z niepokojem na mruczącego coś pod nosem Lupina – Obudzisz chłopaków. A gdybym tam z tobą poszedł? Rozumiesz, pełna gotowość.
- Dlaczego tak ci na tym zależy? – popatrzył na niego podejrzliwie.
Brunet lekko się zmieszał...
- Mi? Nie...yyy... chcę cię trochę rozerwać...po prostu...
- Tak, pewnie. Rozumiem, że nie mam innego wyjścia?
- Bingo. – wyszczerzył zęby Syriusz.
- Ale i tak uważam...
- Wiem co uważasz, Rogasiu – odparł znudzony – No, dalej, rób się na bóstwo, masz pół godziny.
Przyjaciel przeszył go wzrokiem. Wstał energicznie z łóżka, wciągnął jeansy. Już sięgał ręką po swój ulubiony podkoszulek, gdy Black porwał mu go sprzed nosa.
- Hej, co jest? – szepnął.
- Nie ma mowy. Nie pójdziesz w tym.
- Stary, co ci odbiło? – szepnął. Wyrwał mu koszulkę z ręki i pośpiesznie ubrał. – Jestem gotowy.
- To chyba tobie odbiło. Wiesz co to grzebień?
James przygładził ręką swą nieokiełznaną czuprynę.
- Szczegół niewarty uwagi. Mam jeszcze… 28 minut, więc pozwól, że się zdrzemnę.
***
Wymknęli się z Wieży i ruszyli korytarzem w kierunku schodów. Z obawy przed wszechobecnym woźnym, zdjęli nawet buty.
Było strasznie zimno, nie rozumieli dlaczego... Wiatr świszczał między dawno wymienianymi okiennicami. Tylko pochodnie rzucały jakiekolwiek światło na fakturę ściany.
- Mówiłem ci już... – szepnął Rogaty.
- Mówiłeś. Zobaczymy co opowiesz jak ją zobaczy... – urwał nagle.
Potter zatrzymał się natychmiast i popatrzył na niego przenikliwie.
- Łapo, powiedz mi, że to nie jest to o czym myślę.
Syriusz uśmiechnął się, rąbiąc niewinną minę.
- Wiesz, zależy o czym myślisz...
- Nie, to już przesada... wracam.
Odwrócił się na pięcie i ruszył do Wieży.
- Stary, no daj spokój. Chodź, nie rób scen. – błagalnym głosem zaczął Black, doganiając go.
- Nie potrzebuję swatki. Nie potrzebuję aranżowanych przez ciebie randek w ciemno, ok? – wyjaśnił mu spokojnie.
- Ok. – potaknął zrezygnowany Łapa.
I pobiegł w kierunku Pokoju Życzeń, przeprosić Darlene. Tylko co jej powie?
***
Drogi pamiętniku.
Tu jest tak cudownie cicho. Nareszcie mogę pomyśleć. Tylko, że to nigdy nie kończy się dobrze. Kiedyś cieszyłabym się, że mam z nim spokój. A teraz... nie mogę znieść kiedy na mnie patrzy. Bo w jego oczach miesza się żal, złość i taka... czułość. To zbyt trudne, uśmiechać się i pozować na tę kochaną, wygadaną Lily pod rentgenem jego spojrzenia...tak na marginesie - czy zauważyłeś, że w powietrzu krąży coś dziwnego? Złowro...
***
Właściwie, Syriusz chciał dobrze. Może nie potrzebnie tak się uniósł. Tylko to, że musi mu szukać dziewczyny jest trochę przerażające. Czyżby aż tak bardzo zatracił się w przeszłości?
Chłopak wbił w ręce w kieszenie i starając się ignorować własne myśli, ruszył dalej, w kierunku Wieży Gryffindoru.
Wślizgnął się cicho do pomieszczenia. Coś było nie tak. Rozejrzał się. Na tle grafitowej szyby okna rysowała się ciemna sylwetka. Coś go ścisnęło w żołądku. To była Lily, to musiała być ona. Podszedł powoli, by zobaczyć czy śpi. Sen pewnie zmorzył ją nagle, bo siedziała skulona na szerokim parapecie, z czołem opartym o zimną ścianę, a w ręce ściskała jakiś zeszyt. Pamiętnik. Nie zorientowałaby się, gdyby teraz go wziął. Już wyciągał rękę, ale po chwili się zreflektował. To nie byłoby w porządku.
Zastanawiał się chwilę, jak przenieść ją w jakieś wygodniejsze do spania miejsce. Jej dormitorium nie wchodziło w grę, z Lily nie dałby rady tam wejść. Zostawała kanapa.
- Boże, nie pozwól żeby się obudziła, bo to byłby ostatni dobry uczynek w moim życiu... – szepnął.
Zarzucił jedną jej rękę na szyję i podniósł powoli. Nadal powtarzając w myślach swoją modlitwę, podszedł do kanapy i ułożył na niej wygodnie Rudowłosą. Szybko przyniósł ze swojego pokoju pled i okrył nim szczelnie dziewczynę. Ile by dał, żeby taka chwila mogła trwać wiecznie.
- Stary, czas wrócić do teraźniejszości... – mruknął.
Wracając do swojego dormitorium jeszcze raz spojrzał przez ramię na śpiącą Lily.
***
Niebo widoczne na magicznym sklepieniu było dziś pochmurne, ponure... wcale nie nastrajało dobrze na nadchodzący dzień. Ale uczniowie nawet tego nie zauważali. Co bardziej rozbudzeni, rozprawiali wesoło ze swoimi sąsiadami. Humorów nie popsuły im nawet zastanawiające wieści z Proroka Codziennego.
Pewna tajemnicza dziewczyna ze stołu Ravenclavu, wpatrywała się uporczywie na rozczochranego okularnika, który zamiast jeść, mechanicznym ruchem zataczał swoją różdżką koła na blacie stołu. Co jakiś czas podnosił głowę, by spojrzeć na oddaloną o kilka metrów Rudowłosą. Taaa... Lily Evans. Naiwna, jeżeli nadal myśli, że ma go na własność... Brunetka stanowczym ruchem ręki odgarnęła do tyłu opadające na twarz włosy.
- Co robiliście w nocy? – zapytał Remus, pałaszując kolejną bułkę.
- My? – zapytali jednocześnie.
- Wychodziliście. Rogacz kursował tam i z powrotem. – tu posłał znaczące spojrzenie Jamesowi.
- Ja? – zmieszał się lekko chłopak.
- A ciebie, drogi Łapo, nie było całą noc. – tu na twarzy Lunatyka pojawił się tryumfujący uśmiech.
Peter zakwiczał radośnie.
- A ty czego się szczerzysz? – naskoczył na niego Łapa.
- Bo... Masz malinkę, tu – wskazał na czerwone znamię na szyi chłopaka.
- Aha... no to mamy powód, dla którego Syriusz Black wygrzebał z kufra golf w środku lata. – oświadczył ironicznie James.
- Chciałbyś coś powiedzieć, Rogasiu?
- Dlaczego to robisz Dorcas? – wyrzucił na jednym wydechu James.
- Przecież skoro o niczym nie wie, to żadnej krzywdy jej nie wyrządzam...
- Naprawdę tak myślisz? – wtrącił się Remus, patrząc na niego przenikliwie.
Chłopak nie odpowiedział.
- Peter, podaj mi tą razową bułkę. – mruknął James, starając się przerwać uciążliwa ciszę, która zapadła.
***
- Panie Potter! Proszę wstać i powiedzieć nam całym zdaniem, jakiego koloru miał być ten wywar. – zaskrzeczał mu nad uchem Slughorn.
- Eeee... otóż... ten wywar miał być rudy.
- Rdzawy. – poprawił go.
- Tak, właśnie to miałem na myśli. – przytaknął z rozbrajającym uśmiechem.
- Dobrze. A jakiego koloru substancja gotuje się w pańskim kociołku?
Chłopak wbił wzrok w bulgoczącą ciecz.
- Rdzawa, panie profesorze.
- Czy według pana to jest rdzawy kolor.
- Oczywiście. Najbardziej rdzawy ze wszystkich rdzawych, panie profesorze. – odrzekł.
- W takim razie chyba będę musiał odesłać pana do Skrzydła Szpitalnego. – zażartował, jak mu się wydawało, Slughorn. Zamilkł na chwilę, jakby oczekując wybuchu śmiechu. Przeliczył się.
- Naprawdę, dyskusja o pojmowaniu kolorów jest co najmniej absurdalna – oświadczył po chwili chłodno – Potter?
- Tak, panie profesorze?
- Przygotujesz go jeszcze raz. I za każdym razem, kiedy będziesz miał wątpliwości, co do jego barwy, spojrzysz w kierunku panny Evans.
Lily, która do tej pory starała się ignorować Jamesa, zastygła w bezruchu.
- Słucham? – upewnił się, czy słuch go nie myli. – Przepraszam panie, profesorze, ale chyba nie rozumiem...
- Jakiego koloru są włosy panny Evans? Rdzawe.
- Nie, panie psorze. Są rude. – zauważył.
Uczniowie Gryffindoru nie wytrzymali i wybuchnęli śmiechem.
Tylko jednej Gryfonce nie było teraz do śmiechu. Zamiast tego oblała się szkarłatnym rumieńcem.
- Trzy światy z tym chłopakiem. – westchnął nauczyciel.
- Przecież on ma nie równo pod sufitem... – szepnął po chwili Syriusz do chłopaka.
***
7 wsrześnia '77
Drogi pamiętniku,
Chyba ze mną źle. Nie uważasz, że zaniki pamięci są pierwszy objawem szaleństwa? Bo właśnie tak mi się wydaje. Budzę się w innym miejscu niż zasypiam. A kiedy zasypiam, widzę tylko jeden powtarzający się obraz. Korytarz. Przepaść. James. To chore.
A w prasie informacje o wciąż nowych zaginięciach. Źle się dzieje.
***
- Myszko, stęskniłem się – wymruczał jej do ucha.
Dziewczyna uśmiechnęła się czarująco.
Natomiast James spojrzał znacząco na Black’a.
Syriusz westchnął znacząco i pociągnął pannę Meadows do swojego dormitorium.
- Syriusz? – wymruczała Dorcas, siadając mu na kolanach i uśmiechając uwodzicielsko.
- Tak, kotku?
- Mogę o coś zapytać?
- O wszystko... – szepnął zafascynowany, wpatrując się w jej oczy.
- Bo wiesz... Darlene...
Chłopak drgnął.
- Co Darlene? – ponaglił ją, ‘lekko’ zestresowany.
- Robiła jakieś dziwne aluzje... Że niby ty i ona...
- Ale chyba jej nie uwierzyłaś? – uniósł się.
- Sama nie wiem... – zmieszała się.
Zdjął ją z kolan i posadził obok siebie. Czułym gestem założył jej za ucho zasłaniające twarz loki.
- Ufasz mi? – zapytał cicho.
Z oczu dziewczyny potoczyły się łzy.
- Ja... może weźmiesz mnie za idiotkę, ale naprawdę nie zniosłabym tego, że muszę się tobą dzielić. Rozumiesz? – zaczęła zdławionym głosem. Położyła głowę na jego ramieniu. – A przecież...przecież ty...wystarczy że palcem kiwniesz i masz panienek na pęczki. I pewnie o niebo ładniejszych ode mnie, a ja...
Przyłożył palec do jej ust.
- Myszko, ale ja chcę tylko ciebie. I żadnej innej. I obiecaj mi, że jeżeli kiedykolwiek dowiesz się czegoś, to przyjdź najpierw do mnie, dobrze?
- Dobrze.
- Syriuszu?
- Tak, myszko?
- Tak cię przepraszam... ale ja ciebie tak kocham.... – wyszeptała.
- Wiem, myszko. – i dodał, patrząc przed siebie – Ja ciebie też.
I zaczął się zastanawiać, jak zamknąć usta szanownej Darlene. Dlaczego zawsze JEGO to spotyka?
Pocałował mocno roztrzęsioną dziewczynę i wybiegł z pokoju.
- Syriusz! Gdzie cię niesie?!
by Paula
komentarze [30]
"Duże dzieci"
poniedziałek, 27 listopada 2006
To było głupie, lecz podświadome.
Tak, ona, dumna Lily zrobiła to podświadomie. Wyszła z sali, a za rogiem zatrzymała się, aby zobaczyć czy za nią pobiegnie. To przecież takie żałosne. Nie pobiegł. Właściwie, czego ona się spodziewała...
Myślała, że nawet jeśli przez parę dni udaje obrażoną nawet na samą siebie, mimo, że zrobiła mu awanturę w miejscu publicznym, a przede wszystkim powiedziała, że go nie kocha, to on teraz za nią pobiegnie? Ba! Ona to wiedziała.
Na razie nie chciała myśleć o tym, że zachowała się bezsensownie. To, że prawda wypłynęła na wierzch nie było przecież końcem świata... gdyby chociaż żałowała... ale nie.
Dorcas i Ann myślą, że jest na nie śmiertelnie obrażona, reszta uważa ją za psychiczną.
Ale czy nie lepiej być psychiczną niż nieszczęśliwie zakochaną?
- Liluś? – zaczęła Dorcas delikatnie, wychylając głowę zza drzwi do dormitorium.
- Zawsze kiedy tak zaczynasz, zdradzasz swoje intencje, wiesz?
Brunetka uśmiechnęła się przymilnie.
- Gniewasz się, Lily? Bo jak się gniewasz, to ja cię bardzo przepraszam... nie chciałam powiedzieć, ale wiesz, jaki ja mam długi język... i tak jakoś wyszło, bo, Lily...
- Dorcas.
- Nie, Liluś, nie przerywaj mi bo się zatnę. Byłyśmy przekonane, że one śpią.
- One?
- Mary i Theresa. No i rzeczywiście, ta druga spała, ale Mary miała tylko zasunięte zasłony i jak tylko rozmowa zeszła na tory twoich rozterek miłosnych...
- Moich rozterek miłosnych... – powtórzyła z ironią Evans.
- To wyłoniła się ze swoich pieleszy no i... no i po ptokach.
Ruda nie wytrzymała, wybuchnęła perlistym śmiechem, tak, że zaraz chwyciła się za brzuch. Już po chwili akompaniował jej chichot panny Meadows.
Tak właśnie zastała je Ann. Stwierdziła, że wszystko wraca do normy. I może lepiej, że Rogacz się w tej normie nie mieści?
- Chciałam jedynie zauważyć, że od piętnastu minut powinnyśmy być na eliksirach.
- Co?! – wrzasnęła Lily.
Dorcas zapewne też wyraziłaby swoje przerażenia, gdyby nie zaatakowała ją czkawka...
***
- Nie rozumiem, jak uczniowie mogą sobie pozwalać na tak karygodne zachowanie już na pierwszej lekcji! I to ty, Lily! Wzorowa uczennica!
Ku zdziwieniu wszystkich Gryfonów Lily wcale niebyła skruszona. Przez to, że za wszelką cenę starała się stłumić w sobie atak szaleńczego śmiechu, zrobiła się już buraczkowa na twarzy. Właściwie to było zrozumiałe – Slughorn, nawet wygłaszając takie tyrady wyglądał jak... podstarzały niemowlak z nadwagą.
Kiedy nauczyciel przeniósł swoją uwagę na Dorcas, Lily szybko pomknęła do swojej ławki, by uciec od jego wzroku.
Tymczasem panna Meadows, patrząc głęboko w wodniste oczka nauczyciela, wygłaszała przejmujące przeprosiny, które przygotowała, pędząc na lekcje. Kiedy chciała, potrafiła być bardzo czarująca.
***
Widziała te spojrzenia na swoich plecach. Pewnie już wszyscy wiedzieli. Ale, przecież mogła to przewidzieć. To nie był koniec świata, że teraz wszyscy nabijali się z jej uporu przez te kilka lat. „Ta niedostępna Evans, po sześciu latach dawania kosza Potterowi, uległa”.
Tylko, że oni zapomną, a ona... nigdy.
- Widzisz ją? Tam idzie, po prostu podejdziesz do niej i powtórzysz!
- Stary, nie zachowuj się jak dzieciak!
- Łapo, potraktuj to jako prośbę.
- Wiesz, że czasem cię nie znoszę?
Syriusz pobiegł w kierunku Rudowłosej zmierzającej już do Wieży Gryffindoru. Poklepał ją po ramieniu. Odwróciła się.
- Co jest? – zapytała, siląc się na uprzejmy ton.
- Jako, że James boi się do ciebie podejść – na dźwięk jego imienia twarz Lily lekko się zachmurzyła - mam ci od niego przekazać, że Slughorn cię wzywa.
Pożegnała się z Łapą i ruszyła w poprzednim odcinku. Chcąc, nie chcąc, musiała wyminąć się z Potterem. Nie łatwo było patrzeć przed siebie.
***
- Co od ciebie chciał?
- Slughorn? A jam myślisz... Znowu jakieś przyjęcie... no i robił mi wyrzuty, że nie poszłam na zebranie klubu Ślimaka. – odpowiedziała jej, siadając na ulubionym fotelu w Pokoju Wspólnym.
- I pójdziesz? – zapytała Dorcas, choć chyba wiedziała, jakiej odpowiedzi się spodziewać.
- A skąd – prychnęła – nie mam ochoty. Poza tym, zaprosił też Jamesa.
- Nie wybieram się, więc śmiało, nie krępuj się. – usłyszała za sobą chłodny głos. Przygryzła dolną wargę – „James”.
- Mimo to nie mam zamiaru iść. – odpowiedziała, nie odwracając się.
- Ależ proszę bardzo. – rzucił.
- W takim razie dziękuję za pozwolenie. – odparła jadowitym głosem.
Spojrzała na Dorcas.
Bezgłośnie zapytała:
- Poszedł?
Brunetka przytaknęła. Lily wypuściła ze świstem powietrze.
- Gratuluję. – uśmiechnęła się Meadows. Ale ona wcale nie była z siebie zadowolona.
- Idę po książki. Przynieść ci twoje? – zapytała, starając się, żeby to zabrzmiało naturalnie.
***
- Ale ja naprawdę nie chcę zaczynać tego od nowa, Remus. Nie chcę znowu się kłócić. A właśnie na to się zapowiada.
- A mimo to, że nie chcesz, to szukasz u niej zaczepki? – mruknął ironicznie przyjaciel.
- To jakoś samo wyszło. Ale ona nawet na mnie nie spojrzała, rozumiesz? I jak miałem się nie wkurzyć?
- Musiałeś podchodzić?
- No... właściwie – zmieszał się – nie musiałem, ale jakoś...
- ... samo wyszło? – dokończył za niego.
- Tak. – odpowiedział na wydechu.
- Wiesz co myślę, wy z pewnością się pokłócicie.
- Słucham?!
- Bo z wami nie da się inaczej. Musicie od nowa przejść przez te wszystkie stadia, bo tak jesteście zbudowani. To takie pierwsze... ogniwo.
- Remus, nie obraź się, ale nie na wszystko na świecie jest reguła.
Lupin wzruszył tylko ramionami.
***
Pewien chłopak, siedzący w przeciwległym kącie, intensywnie wpatrywał się siedzącą przy kominku dziewczynę. Tak pięknie wyglądała, chociaż chyba wcale nie miała takiego zamiaru. Siedziała głęboko w fotelu, na kolanach trzymając podręcznik. Jedną ręką wodziła po kartkach, drugą przytrzymywała rude włosy, które opadały jej na oczy. Pewnie nigdy nie zwróciła na niego uwagi, jak inni traktowała go jak powietrze. Taki mały, niegroźny kujonek.
I cóż z tego, że od paru lat ten kujonek był po uszy zakochany w Lilyann. Ale przecież ona była zarezerwowana przez tego cholernego Pottera. Zaklepał ją sobie i strzegł jak oka w głowie. Żeby nikt jej nie tknął. To pewnie dlatego nigdy nie miała chłopaka. Kiedyś nazwałby go „psem ogrodnika”, ale to jednak przyniosło efekt. A z tego, co się mówi w Hogwarcie wiedział, że stracił ją przez własną głupotę. On nie popełniłby takiego błędu. Głupi był, że nie docenił tego co ma. Chociaż obrał dobrą metodę... może to był jedyny sposób, żeby ją zdobyć?
Co prawda musiałby go skompresować do jednego roku, nie miał, tak jak Potter sześciu lat.
Nie potrafił też się wydurniać, ale to chyba działało na jego korzyść.
***
Jakże odmienne były teraz myśli samego pomysłodawcy. Obiecał sobie, że nie będzie znowu z buciorami (jak to miał w zwyczaju) wchodził w jej życie. Panna Evans najwyraźniej sobie tego nie życzyła. Tym gorzej, że nie potrafiła powiedzieć tego wprost.
Może i Syriusz miał rację, że ona go nie chce, nie kocha. Może nie miał odwagi powiedzieć mu tego na trzeźwo. A jego słowa, mimo, że był wtedy lekko... otępiały, wryły się w pamięć.
Bajka...
Bajka...
O miłości dla naiwnych, dużych dzieci.
Lily spojrzała na niego. Odwrócił wzrok.
Oboje byli jak takie duże dzieci.
***
- Wróżbiarstwo. Najbardziej bezsensowny przedmiot, oprócz Opieki nad Magicznymi Stworzeniami, jakiego tu się można uczyć. Nie mogę sobie przypomnieć, jakim cudem namówiłaś mnie żebym go kontynuowała.
- Dorkasiu moja, kochana. Chciałabym zauważyć, że do niczego cię nie zmuszałam. Ja uwielbiam wróżbiarstwo. – odpowiedziała jej rozbawiona Ann. Ona, Dorcas i Lily zmierzały do Wieży Astronomicznej na pierwszą lekcję.
- Byłam młoda i głupia... dobrowolnie chciałam patrzeć na tą nietoperzowatą babę, patrzącą przez denka od butelki w przyszłość, czającą się między fusami...
- Jakie to obrazowe... – mruknęła nie wtrącająca się dotychczas Lily. – Nawiasem mówiąc, mam jakieś dziwne przeczucia.
- Konkretniej?
- Nie wiem... wiecie co? Może powiedzcie, że źle się poczułam, czy coś...
- O nie, Lily. Nie będziesz opuszczać pierwszej lekcji. Chodź, chodź. – Taylor pociągnęła ją w kierunku stromych schodków prowadzących do sali.
- Kochani, jesteście już w klasie Owutemowej! Nie będzie poznawania nowych technik, ale nie będzie też pobłażania. Przecież już rok temu zgromadziłam tu e-li-tę! Będziemy doskonalić poznane już wiadomości. Będziemy zaglądać w głąb umysłów, odkrywać tajemnice, których nie powinniśmy znać.. uśmiechacie się? Nie...niesłusznie...
- Chyba teraz przyznasz mi rację – ona jest stuknięta, nieprawdaż?
Dorcas raczyła Ann takimi komentarzami już od początku lekcji i szczerze mówiąc ta druga miała już kompletnie dość.
Tymczasem nauczycielka nareszcie przeszła do konkretów. Dzisiaj planowała zrobić powtórkę ze szklanej kuli... nie omieszkała przy tym zafundować im kilkuminutowego monologu.
- Lily Evans. Lily Evans! – zawołała skrzekliwym głosem.
Dziewczyna ocknęła się.
- Co tam widzisz, panno Evans?
- Ja? Eeee... widzę, widzę...
- Ech, pokaż to, dziewczyno. – Rebeka Renta wyrwała swojej uczennicy kulę i wpatrzyła się w nią intensywnie. Proporcjonalnie do czasu wpatrywania się w magiczny przedmiot rosło jej zszokowanie.
- Nie rozumiem...
- Co pani tam zobaczyła?
Teraz cała grupa skupiła spojrzenia na ustach nauczycielki.
- Nic. – odpowiedziała po chwili. – Zmykajcie już.
Lily, wiedziona dziwnym przeczuciem, nie wyszła razem z innymi. Pod pretekstem przepakowania torby została dłużej w pomieszczeniu, a kiedy opustoszało, podeszła do strapionej nauczycielki.
- Nie uciekniesz, Lily...
- Słucham?
- Lily, powiedz mi proszę, że także to zobaczyłaś.
- Czy mogłaby mi pani powiedzieć, co było w tej kulki? – poprosiła już lekko zirytowana Rudowłosa.
- Korytarz. Światło. Twój kolega. I ty też tam byłaś. Do czasu... Wybacz, dziecko, muszę przygotować się do lekcji z trzecioroczniakami.
- Ale pani profesor!
Nie zwracała już na nią uwagi.
Rozsądniej byłoby jej nie zawracać sobie głowy tą starą wariatką, tym bardziej, że ona w tej kuli nic nie zobaczyła.
Ale to wszystko było zbyt podobne.
Nienaturalnie realne.
„Ej, Lily. Chyba nie jesteś aż tak głupia, żeby wierzyć w mary i przepowiednie?”
- Gdzieś ty była? – krzyknęła Dorcas, gdy zobaczyła ją w tłumie uczniów.
- Książki mi się wysy...pały – odpowiedziała szybko.
- Acha. No chodź, bo się spóźnimy. Gdzież jest Ann?!
- Chyba wolała inne towarzystwo – mruknęła Evans, przekrzywiając lekko głowę Dor w kierunku dwójki Gryfonów idących parę metrów przed nimi.
- Z Lupinem?!
by Paula
komentarze [29]
"Libacja"
sobota, 4 listopada 2006
Raz, ten jeden, jedyny raz w życiu chciała, żeby lunął deszcz. Żeby wszyscy przemokli do suchej nitki i w pośpiechu zaczęli wyciągać parasole. Pouciekaliby pod zadaszenia po kałużach, tłumiących ich kroki, a ona po prostu by sobie stała. I ten deszcz zmyłby całą jej złość. Gniew. Żal. Beznadziejność. Mógłby zmyć wszystkie uczucia, bo teraz wszystkie krążyły wokół Jamesa.
A przecież to o nim od przeszło trzech godzin starała się nie myśleć.
Lilyann przeczesała palcami nagrzane wrześniowym słońcem włosy. Poprawiła kufer na wózku i pobiegła w stronę muru na dworcu, jakby celową dążąc do zderzenia czołowego. Po chwili była już w świecie pergaminu i zaklęć, bez Petunii i mamy, która przed wyjazdem zafundowała jej pogadankę na temat... młodzieńczego zauroczenia.
Do pociągu lgnęli już rozentuzjazmowani uczniowie, chichoczące uczennice. Sama nie wiedziała, dlaczego ten widok budził w niej niesmak. Chyba po raz pierwszy w czasie swojej nauki perspektywa rychłego spotkania z Hogwartem nie cieszyła jej. I nawet nie próbowała się oszukiwać – za wszystkim stał pewien czarnowłosy Gryfon.
Oczy zaszły jej mgłą... o nie, nie będzie teraz płakać. Nie jest małą, zagubioną dziewczynką i pewnie jeszcze nie raz przeżyje zawód miłosny. Sięgnęła po chusteczkę, gdy nagle ktoś rzucił się na nią od tyłu. Ledwo utrzymała równowagę. Obróciła się energicznie, omiatając włosami roześmianą twarz Dorcas.
- Przestraszyłaś mnie! – krzyknęła Lily, udając oburzenie i przytuliła się do niej. Po chwili dołączyła do nich Ann.
- Dlaczego do nas wczoraj nie dołączyłaś? – zapytała blondynka, lustrując ją spojrzeniem.
- Ja nie...
- Byłaś. – przerwała jej – przecież wiedziałaś się z Jamesem.
- Ona widziała się z Jamesem?! – wtrąciła się Meadows. – Lily!
- Ann... czy on... mówił coś o mnie? – zapytała z nadzieją Rudowłosa.
- Myślę, że nie powinnam ci tego mówić… To on powinien.
- Skoro tak uważasz. Widzieliście dzisiaj Huncwotów?
- Pewnie bardzo się ucieszysz, jak ci powiem, że stoją za nami? – oświadczyła Dor, uśmiechając się do Blacka.
A James stał tuż za nią. Czuła to. Właściwie mogła się nie obracać. Nie stanęłaby z nim wtedy z twarzą w twarz.
Popatrzyli sobie prosto w oczy. To ona pierwsza spuściła wzrok, przegrała pojedynek. Przyznała się do winy.
Gdyby to wszystko potoczyła się inaczej, to teraz przytulałaby się do jego ciemnoczerwonej koszuli i poprawiła okulary, które zsunęły mu się lekko z nosa.
- Idziemy? – krzyknęła oddalona od nich o kilka metrów Dorcas.
Pomachała na nich zniecierpliwiona.
- Pociąg zaraz odjeżdża!
Lily ocknęła się z zamyślenia i ruszyła z wszystkimi w kierunku wagonu.
Nie znaleźli przedziału, w którym zmieściliby się całą siódemką. Pannie Evans było to na rękę. Dorcas niekoniecznie. Wpakowała się do tego, który zajęli Huncwoci, zmuszając tym samym Petera do jego opuszczenia. Chłopak nie miał wyboru, czekała go podróż w towarzystwie Lily i Ann.
***
Potwornie się nudził. Składał z papierka po cukierku samolocik, wkładając w to chyba wszystkie możliwości swojego umysłu. Lily od czasu gdy wróciła z zebrania prefektów próbowała zająć go rozmową.
Chociaż ona go nie ignorowała, nie uważała go, jak wszyscy, za tłusty, bezmózgi cień Huncwotów. Teraz jednak rozmowa ustała. Ruda nabrała wody w usta, gdy otarli się o temat Jamesa i tępo wpatrywała się w uciekające za oknem krajobrazy.
- Lily, wszystko się ułoży... – zaczął nieśmiało.
Popatrzyła na niego nieobecnym wzrokiem i uśmiechnęła blado.
- Dzięki, Peter.
- Lily, dojeżdżamy. Może byś się w końcu przebrała?
- Słucham? A...tak. Już. Peter...
- Ok. Mam iść. Trzymajcie się dziewczyny...
Chłopak, usiłując zdjąć z półki bagaż, wysypał na siebie jego zawartość, bo ktoś niezwykle dowcipny porozkręcał zawiasy. Dziewczęta uśmiechnęły się pobłażliwie i pomogły mu w re-pakowaniu. A sam Peter nie pomyślał o tym, że wcale tego bagażu tachać nie musi...
***
- Czy on już zawsze będzie się tak zachowywał?
- Myślę, że to szok po odzyskaniu wolności. Stary! Spójrz na to z innej strony! Znów jesteś wolnym ptakiem!
- Syriusz!
- Słucham, kotku?
- On nie może być sam.
- I nie będzie. Znajdziemy mu jakąś...
- On powinien być z Lily.
- Niech mnie Merlin trzaśnie, ma za nią latać w nieskończoność?
- A może znajdziecie sobie inny powód do kłótni? – wtrącił zirytowany Rogacz. – Wychodzimy.
- Rozkaz. – zasalutowali jednocześnie. Zmroził ich spojrzeniem.
- Uuuuu... igramy z ogniem.
***
Zaniepokoiło ją przemówienie Dumbledor’a. Zaczynał od żartu, kończył żartując, ale było coś niepokojącego w jego głosie. Zachęcając ich do nauki, przypominając przepisy myślał o czym innym. O czymś, o czym bał się im powiedzieć. Ale ona czuła. Mimo, że bardziej zajmowała się nadzorowaniem Lily.
Rudowłosa nerwowo ściskała w ręce widelec z nabitym na niego pasztecikiem. Ann chwyciła ją za nadgarstek i wsadziła jej go do ust. Nie zareagowała. Zaczęła miarowo go żuć, nie zastanawiając się, jakim cudem znalazł się w jej buzi.
W normalnej sytuacji, a w takiej z pewnością się nie znajdowała, roześmiałaby się perliście.
- James, słyszałeś, że Redtolits projektują nowy model miotły?
- Poważnie? Cudownie... – mruknął Rogacz.
- Nie no, stary, ja cię nie poznaję. Czy do ciebie dochodzi, co ja do ciebie mówię? Nowa miotła!
- Syriusz – szepnęła Dorcas, kręcąc dyskretnie głową – zostaw.
- Tak... jeszcze soku, kochanie? – zapytał speszony.
Potter spojrzał na nich, zastanawiając się, jakim cudem wytrzymali ze sobą tyle czasu... On przynajmniej nie był takim pantoflarzem. Chociaż...
- Cześć, James. – usłyszał za sobą słodki głos. Ale zanim się obrócił, nikogo już nie zastał.
„Wszystko wraca do normy” – pomyślał.
- Dlaczego ona przywitała się tylko z tobą? – obruszył się Black.
- Jaka ona?
- Darlene! Stary, czy ty już nic nie widzisz, poza swoją Rudowłosą?!
Wspomniana Lily spojrzała na niego przenikliwie.
- Zamknij się! – warknął James, wstając od stołu. Wyszedł, odprowadzony spojrzeniami połowy żeńskiej części Hogwartu.
- Idę za nim – oznajmił Remus. Wolał mieć go na oku.
- To my też pójdziemy – Lily pociągnęła za rękę Ann.
- Kochanie, kim jest ta Darlene? – zagadnęła podejrzliwie Dorcas, gdy zostali sami.
- Darlene to najła... oczywiście po Tobie kotku...No nie patrz tak na mnie! Po prostu myślę że byłaby idealną...
***
Korytarze były tak cudownie puste. Większość uczniów przebywała jeszcze w Wielkiej Sali. Szedł sobie i nie myślał o niczym do czasu, jak dotarł do portretu Grubej Damy. Teraz dopiero zorientował się, że nie zna hasła.
Genialnie.
Nie pozostawało mu nic innego, jak siąść sobie pod ścianą i czekać na jakąś istotę, która litościwie poda mu to cholerne hasło.
I taka istota się pojawiła, jednak to niezbyt go ucieszyło.
Zmierzyli się z Lily wzrokiem.
- Gdzie jest Remus? Chyba za mną poszedł, prawda?
- Dorwała go McGonagall. Odprowadza pierwszoroczniaków. – odpowiedziała Ann.
- Znasz hasło?
- Ja nie. Ale Lily zna.
-
Ryczące gzymsy - powiedziała wyraźnie Zielonooka.
Portret odsunął się, otwierając dziurę w ścianie.
- Ma kobieta wyobraźnię – mruknął James.
- Chodź. – Ann pociągnęła przyjaciółkę ku ich sypialni. Widziała, że ta już długo nie wytrzyma w jego towarzystwie.
Potter też schował się w swoim pokoju.
***
Drzwi sypialni otworzyły się z hukiem. Podniósł lekko głowę do góry, żeby zobaczyć, kto tak bezczelnie wtargnął do ich królestwa.
Syriusz.
Gdy Łapa zrobił krok do przodu, James usłyszał dźwięk obijających się o siebie butelek.
Łapa, widząc jego minę, z szerokim uśmiechem na twarzy wyjął spod szaty osiem butelek Ognistej Whisky.
- To chyba nie jest dobry pomysł. – wtrącił Remus.
- Jest genialny – krzyknął dumny z siebie Black.
- Jest początek roku. Nie powinniście...
James podniósł się z łóżka, wziął od Łapy jedną butelkę i z niej pociągnął. Spojrzał prowokująco na Remusa. Lupin westchnął. Wiedział, ze dzisiaj z nim nie wygra.
Syriusz posłał po ziemi butelkę dla niego. Nie ruszył jej. Naprawdę nie chciał narobić sobie kłopotów.
- Nie to nie. Peter?
Chłopak spojrzał na niego ze strachem.
- No dalej. – podał mu Ognistą. – zdrowie, Huncwoci.
-Z’wolnoś! – wrzasnął podchmielony Syriusz, przyglądając się bursztynowemu płynowi na dnie jego butelki.
- Al’ ty nie j’steś wolny! – szturchnął go James.
- Al’ jeszcze nie.
- C... co ty c’esz srobić, Łapo?
- Długo nie wyrz’mam z Dorcas. Brachu, jak ja ć’ zazdrosz..czę.
- W’lałbym, ż’byś mi nie miał cz’go zazroszcić. Kocham ją. R’zumiesz? Kocham ją! I byłem taki głupi. I j’k zwykle wszystko szlak tr’fił.
- Brachu, ale ona cię nie chce!
- To zachce!
- Nie zachce. Zn’jdź se w końcu normalną pan’ę!
- Kocham ją!
- N’ i co?
- A te wsz’stkie historie, miłoś’ do końca świ’ta i jesz’cz dłuzej?
- Bajka!
- Bajka! – powtórzył entuzjastycznie James, unosząc do góry butelkę.
- Z’ bajki!
- Uuuu... pusto. Idę do sk’szatów po wi’encej.
Rogacz wstał, wspinając się po kolumnie łóżka, złapał równowagę i stawiając kroczek po kroczku dotarł do drzwi. Uśmiechnął się głupkowato, zadowolony z siebie.
Nacisnął klamkę. Drzwi nie ustąpiły.
Szarpnął mocniej. Nic. I jeszcze raz. I jeszcze. I wciąż nic z tego.
- R’mus, kochanie, otwórz drzw’i, pr’sze.
- Przykro mi, James, ale ich nie otworzę. Nigdzie nie wyjdziesz. – odparł spokojnie Lupin.
- P’ter?
- Peter padł jakieś dwie godziny temu, przy drugiej butelce.
- To ćsiiiii...Luniu, b’dź człow’kiem i ot’wrz te drzwi. – poprosił Syriusz.
- Gdzie j’st moja róż... różcz... różczka?
Lupin pomachał ręką, w której trzymał trzy różdżki.
- Ń’ lubimy ć’ już!
- Nie l’bimy! – powtórzył James, znów układając się na podłodze.
- J’stem żałosny. – stwierdził po dłuższej chwili zastanowienia. – Ń’ dość że pij’ny to jeszcz’ beznadziejnie zakocha’ny.
- Prz’jdzie ci! – mruknął Syriusz, waląc go po plecach.
- Ń’ przejdzie. K’cham ja. Kocham ją.
Remus energicznie rozsunął kotary jego łóżka (ciekawe jak się w nim znalazł...). Oślepiające białe chyba wypalało mu dziurę w mózgu, bo za nic nie mógł sobie przypomnieć wczorajszego dnia.
- Wstawaj! – krzyknął Lupin z ogromną satysfakcją.
- Aaaaa.... sadysta... – wymamrotał Potter, łapiąc się za głowę.
Policzył do trzech i otworzył oczy. Skrzywił się ogromnie, bo znów zaczęła boleć go głowa. Nie chciał myśleć o tym, co będzie, gdy wstanie. Bo Remus z pewnością go do tego zmusi.
- Gdzie Syriusz?
- Syriusz? Prawdopodobnie...
- Ciiiiii....
- O, główka boli? Ciekawe dlaczego...
- Jesteś okrutny.
- Wstawaj. No już.
Zanim Potter podniósł swoją ołowianą głowę i dowlókł się do łazienki minęło dobre 10 minut. W niej zastał Łapę, który pił wodę, pochylony nad kranem.
- Posuń się. – szepnął.
- Ciszej.
- Ciszej już nie mogę.
Syriusz zrobił mu miejsce, on także skorzystał z tego dobrodziejstwa, jakim teraz zdawała się mu czysta woda.
Panowie zeszli do Wielkiej Sali grubo spóźnieni, więc zwinęli tylko ze stołu po... trzy butelki wody i schowali do torby.
- Co im? I gdzie Peter?
- Cóż, Dorcas, jakby ci powiedzieć. James i Syriusz wczoraj się zalali, a Peter, w przeciwieństwie do nich, jeszcze się nie obudził.
- Syriusz! – krzyknęła oburzona Meadows.
- Kotku... ciszej, proszę.
- Ciszej? Ciszej?! Ja ci dam „ciszej”!
James jęknął. Usiadł przy stole i schował głowę między łokcie.
- Pięknie zaczynacie, nie ma co. – Ann podsunęła mu pod nos kubek kefiru.
- Skąd to masz? – zapytał, patrząc na nią z wdzięcznością.
Uśmiechnęła się tylko, widząc, jak wypija go jednym haustem.
Lily popatrzyła na niego z pożałowaniem.
- Lily, słyszałam, że chodziłaś z Potterem? – odezwała się siedząca parę krzeseł dalej Nicky Dann.
Połowa dziewcząt przy ich stole popatrzyła na nich z nienawiścią, inne zachichotały podekscytowane. Tiger Wood upuścił łyżkę. Spadła z pluskiem w zupę.
Evans zastygła w bezruchu. James odłożył kefir. Spojrzeli na siebie. Potem na Ann i Dorcas.
- Ja nic nie powiedziałam. – zapewniła ich Taylor.
- Ja też nie... wie tylko...
- Cześć, Lily. Witaj, James.
- MARY! – skończyły razem.
- Jesteście... szkoda słów.
Wstała od stołu i pobiegła w kierunku wyjścia. James już wstawał, żeby za nią pobiec, ale zdał sobie sprawę, że już nie może.
Ten dział w jego życiu możnaby uznać za zamknięty.
by Paula
komentarze [24]
Szablon mój i tylko dla mnie, grafika wygrzebana z
Google, a tekst piosenki pożyczony od Myslovitz.